środa, 31 marca 2010

nic się nie stało

I zrobiło się smutno. Dusza mi się zamgliła, przyklapła w kącie, chusteczek szuka po kieszeniach. Nic się nie stało. Wczoraj nie było z nią za dobrze, z rana też niespecjalnie, no ale nie zanosiło się na jakiś większy dramat. Po prostu ot, zwyczajne w czasie trwanie, lista rzeczy do zrobienia, zamknięty katalog, brak miejsca na niespodzianki, brak oczekiwania na cokolwiek z wyjątkiem spóźniającego się tramwaju. Nic się nie stało. Wpadła do pracy w ostatniej dostępnej wolności chwili jak uczeń tuż po dzwonku. Torba niedbale rzuciła się na szafkę, w szafie zawisła kurtka, tylko twarz zaspana spóźniła się z wyrazem profesjonalnej pewności siebie i taka zgaszona, szara, obolała poszła na poranną kawę. Nic się nie stało. Dzisiaj jeszcze bardziej niż zwykle nie cierpię telefonów. Słusznie, bo właśnie zadzwonił i teraz cierpię od niego. Na pewno źle zinterpretowałam kontekst, bo słowa przecież mieściły się w słowniku zwrotów konwencjonalnych i emocjonalnie obojętnych. Zwykły zabieg wymiany przedświątecznych uprzejmości. Jakoś samo się zrozumiało inaczej. Nie miałam znieczulenia. Nic się nie stało. Zabolało, kłuje dalej, zacisk trzyma. Gdybym mogła przewinąć ten czas, nie wiem, na jakim zdarzeniu bym przystanęła. Nie na dzwonku tego telefonu, nie na porannym przystanku i nie na wieczornej kawie wczoraj. Jak daleko musiałabym przewijać taśmę życia w poszukiwaniu tego nic, co się nie stało?

wtorek, 30 marca 2010

o szczęściu

Wczorajsza wizyta w miejscowej bibliotece zaowocowała trzema tomiszczami słów wybranych tylko dla mnie. W pierwszej kolejności w podróż do centrum i z powrotem zabrałam sobie "Geografię szczęścia" Erica Weinera. A co tam. Spodobał mi się tytuł i sugerowany temat, ale gdyby nie fakt, że książka leżała na półce "zwroty", a nie "książki podróżnicze", nigdy nie wpadłaby mi w ręce.
Przeczytałam rano zaledwie klika kartek, więc nie powinnam się wypowiadać. Ale już w drodze żałowałam, że nie mogę jakimś cudownym sposobem jechać, czytać i pisać jednocześnie. Bo jest kilka cytatów wartych uwagi, choćby ten, że jednak nasze szczeście z pewnością zależy od miejsca. Pewnie dalej będzie to rozwinięte, bo to przecież książka jakby podróżnicza. Dodatkowo - odwieczne metody badania szczęścia. Jak odpowiedziałabym na takie pytanie, postawione face to face dla celów li tylko naukowych: "czy jest pani szczęśliwa"? Albo to, że podobno ludzie czują się najmniej szczęśliwi podczas dojazdów do pracy. Może coś w tym jest, w każdym razie muszę się zastanowić, czy przypadkiem moja mp3 albo przyklejona do ręki niezależnie od ilości toreb książka, nie wynika przypadkiem z podświadomej próby zdławienia w zarodku spadku formy w zakresie odczuwania szczęścia.

poniedziałek, 29 marca 2010

poniedziałek - z tych większych poniedziałków

Święta człapią pospiesznie na krótkich nóżkach ulicznych kaczuszek, od straganu do straganu, popędzane włochatymi badylkami, drobnymi zieleniami borówek, ozdobnymi hafcikami na bielonych serweteczkach domowych artystek szydełka i igły. Warszawa wyjechała już wczoraj częściowo na domowe święta albo na przedświęta w Alpy na narty, nad ciepłe morza lub w kosmos - dokładnie nie wiem. Taka z tego korzyść, że pustoszeją tramwaje, do metra nie wchodzę w tłumie, no i udało mi się zachować dzisiaj "europejski" dystans bezpieczeństwa od współpasażerów, co znacznie poprawiło mi z rana humor, ustalając dodatkowo całkiem akceptowalne odczyty wewnętrznych parametrów życiowych.
Stosowana przeze mnie skala 0-10 naprawdę w wielu przypadkach się sprawdza. Na jej zaniżone odczyty można wiele zwalić, bo przecież ileż można o wszystko obwiniać hormony! Zresztą to takie banalne, bo kobieta to zawsze - jak mawiają - albo przed, albo po, albo w trakcie. A tak, cóż, np. obniżony poziom akceptowalności sprzeciwu, albo dajmy na to wskaźnika dystansu, dolna granica skali dążeń do zmiany, wysoki odczyt parametru "gdyby". Potrafiłabym chyba narysować sobie tę wewnętrzną konsolę, podobną do tej przedziwnej skrzyni suwaków i kontrolek, którymi dysponuje ekipa techniczna w teatrze.
Ewidentnie nastała pora przemyśleń. Postanowienia jakoś nisko latają i przeczytały się wszystkie książki. Zmiana kurtki na cieńszą pozbawiła mnie wewnętrznej kieszeni na mp3, więc w drodze słuchałam dzisiaj dla odmiany gadających przez telefony ludzi, łacińskich zwrotów nastolatków, histerycznych dzwonków niecerpliwych pań tramwajarek... Ach jak dobrze, że w drodze do pracy one denerwują się za mnie. Mogłam bezkarnie opleść sobie palcami prawej dłoni w kolorze granatu srebrzysty uchwyt bezpieczeństwa i trwać tak sobie w porannej skali czasu, w zmienności przestrzeni, w wymiarze przypadkowych myśli opartych na sugerowanych zmysłami skojarzeniach.

niedziela, 28 marca 2010

szyszki


Dzisiaj było zbieranie szyszek. Do kominka. I potem, po krótkiej przejażdżce, smakowanie pysznych wyborów z cukierni przy płonącym kominku.
Wszyscy zadowoleni, chociaż pogoda jak zwykle weekendowa, czyli bylejaka.
Warto było.

piątek, 26 marca 2010

pomysł na paznokcie


Wypróbowałam dzisiaj nowy lakier - cherry jubilee. Ale każdy maluje paznokcie jak umie i lubi. Mewa miała inny pomysł. I wybrała inną kolorystykę. Ciekawszą, nie?

w poszukiwaniu białych klawiszy


Dzień spraw do załatwienia i pism do napisania. Na całego zatem bawiłam się czarnymi puzzlami liter, nie unikając żadnych znaków przestankowych, ani tych diakrytycznych rzecz jasna.
A nawet teraz, zamiast nacisnąć start w celu osiągnięcia mety tygodnia pracy, palce moje wykonują przedziwne staccato. Klawisz tu, klawisz tam, a zza okna hałas. Jedzie VIP, ktoś przesuwa po asfalcie ciężkie od procentów obietnice, pozamykane w butelkach, szum samochodów, bełkot radia.
Jest ciepło. Wszystkie okna skłaniają się do wewnątrz, jakby ulica chciała wedrzeć się tutaj. Przez żaluzje prześwitują resztki promieni słońca, które dzisiaj zniweczyło trochę moje plany. Bo bladym świtem, prawie mglistym, kręcącym mi deszczem włosy, szłam dzisiaj wyjątkowo, nie na obcasach i nie w kostiumie.
I nawet tak się czułam jak dawniej trochę, może przez te buty sportowe, dżinsy za jasne i czarny golf, kupiony z sentymentu parę dni temu, pewnie nie przypadkowo, skoro tyle wspomnień wywołał.
Takie oto połączenie. Miejsce z Teraz, a ubiór z Dawniej. Może koralików z pestek jabłka brakuje. Oprócz tego generalnie wszystko się zgadza. Zamiast na pianinie, koncertuję dzisiaj w edytorze.

czwartek, 25 marca 2010

Lisa Scottoline, Niegrzeczna dziewczynka

Zaczytałam się. Takie sobie czytadło, pierwsze lepsze z dzielnicowej biblioteki, nawet teraz nie pamiętam, kto napisał, jak nazwał i w ogóle cała reszta – nieistotne. Bohaterka zwyczajna, świat amerykański, minimalizm w opisie, słownictwo z poziomu podstawowego, no ale czytam. I to jak! Prawie nie zauważyłam podróży na różowy skraj dzielnicy, w poczekalni przepuściłam nawet Krzysztofa, chociaż wolę siadać pierwsza przed białym jupiterem i panią z dziwnymi narzędziami w rękach. Wyłączyły mi się wszystkie analityczne kontrolki, nie patrzę „jak” to jest napisane, bo wiadomo, że byle jak – obliczone na efekt. Ale, ale - czyżby? A kto się właśnie przyznaje, że dał się wciągnąć na każdym przystanku w świat niegrzecznej pani sędzi z Filadelfii? A kto tak bezwstydnie na blogu o głupiej historyjce opowiada, zamiast o budzącej dreszcze wizycie u dentysty środową nocą, albo o porannym pobraniu krwi z głodnej zmarzniętej istoty spieszącej się do pracy, albo nawet o tym, że coś mi się popsuł wskaźnik nastroju i jakoś pomija górne wartości skali prze odczycie… Tematy też pewnie nieciekawe, no ale przynajmniej moje własne, lekko niecodzienne, no może z wyjątkiem ostatniego defektu duchowych urządzeń własnych.
Wraz z każdym łykiem kwaśnawej kawy z kuchennego ekspresu, w rytm znikającej kanapki z mortadelą, zasłuchana w melodię stukających czarnych klawiszy opisanych pojedynczymi literkami, jak architekt słów żonglujący symbolami na białej karcie edytora, postaram się odnaleźć znaczenie dzisiejszych doświadczeń.

środa, 24 marca 2010

Oddzisiaj

Nie była to pierwsza myśl tego dnia, ale przecież kolejność nie zawsze wszystko warunkuje. Pomyślałam zatem, że nastało Oddzisiaj. Oto ten moment, w którym nie tyle wyznacza się granicę między bylejakością Wczoraj i nadziejami związanymi z Dzisiaj, ile po prostu wyznacza się nową płaszczyznę – czasu, miejsca, wymiaru. I bezwzględnie akcentuje się aspekt trwania, a nie punktu przemiany.
Nałożyło mi się kilka barw – słoneczna na niebo, błękitna na sweter, pudrowa na obolałą twarz, zielona na myśli i czerwona, tak – zdecydowanie czerwona – na wolę. Oddzisiaj wieczorem nakładać będzie na mnie odmienne przyjemnązki niż Wczoraj. Wymyślą się same, w swoim czasie.
Ale podjęłam walkę z bezbarwnością moich spraw. Będę kolorować. Nie chcę być czarno-biała jak na obrazku Tasi. Dlatego wieczorne wyjście do dentysty nazwę sobie na potrzeby dzisiejszego optymizmu różową wyprawą na skraj dzielnicy. I żeby się całkiem nie rozstroić, popijam sobie poziomkową pastel kultury.
Oddzisiaj jest kolorowe, chociaż jutro dzień zaczynam od laboratorium, podwiniętego rękawa, dziwnego uczucia mrowienia i spadku obrotów mózgu. Oddzisiaj jest mniej śpieszne, chociaż już wkrótce oddać będę musiała i tę poranną godzinę snu, chociaż jej nie pożyczałam. Oddzisiaj jest optymistyczne, chociaż póki co jedyna przychodząca mi na myśl opozycja do „negatyw” to „nienegatyw”.

wtorek, 23 marca 2010

oczami Tasi

Oto my. Wspaniała pożywka dla psychologów. Chyba jestem najbardziej pod sufitem...



cowiosenne postanowienia

O tej godzinie, za dnia, mam jeszcze zapał do snucia delikatnych nici postanowień. Już za moment, jak tylko wrócę do domu, a stukot moich botków przeminie pomiędzy wielkomiejskimi budynkami, wybrzmi granicę oficjalnej mnie, abym zaczęła się ja, już za moment – wszystko się naprawi. Prawie samo.
Nie będzie konieczności udawać, że taka jestem pewna swoich racji. Będę pewna – racji nowych, odkrywczych, świeżutkich i prawdziwych, codziennych, powtarzalnych, a raczej odnawialnych jak … dajmy na to chleb.
Nie będę musiała być skoncentrowana na układaniu minut w wieczór, bo on sam nastanie, sam się wykona, odrobi prace domowe wszystkim nam, bez względu na to, kto je rzeczywiście będzie miał.
Tylko odrobinę zmęczona podróżą, zbombardowana mijanymi tego dnia znaczeniami, wymienię mundur nudnego oficjera na semantycznie pogmatwaną kreację kobiety, jaką skrycie staram się być. A ubrania, chociaż nie odważyłam się nawet ich znaleźć, po prostu jakoś same zakupią się w mojej szafie.
Makijaż, który pewnie bym zmywała od razu po wejściu do domu, gdybym rano rzecz jasna go wykonała, po prostu sam zintensyfikuje się na wieczór.
Jeszcze dodałabym rośliny, skoro widoku z okna nie daje się jakoś przesunąć. Przemalowałabym zatem zawartość wyrzuconych niekupionych doniczek. Zawsze marząc o storczykach, brakowało mi odwagi, aby poddać się ich wyrafinowaniu.
A tymczasem, już na schodach owionie mnie bunt, wciśnie się we wszystkie szare istoty moich myśli, zapakuje postanowienia w niebieski worek na śmieci, przepełni, aby trafił na zsyp.
Dla wygody, aby uniknąć słuchania długich narzekań, ułatwić sobie duchową robotę przy rozflaczałych śmiertelnikach, mój Anioł wytłumaczy stłamszonej świadomości, że to wszystko dlatego, abym nie poddawała się trybom programowania siebie pod wydumane zachcianki, nawet własne. Lekko rozgoryczona mimo wszystko, ale podtrzymana w duchu wiary w swoją inność od „bycia jak ktoś”, zrobię może przypadkiem i niekoniecznie dzisiaj coś, co zaspokoi potrzebę złapania choćby koniuszka nici.

syndrom skrzypka na dachu

Co jakiś czas się na to nabieram. I teraz właśnie znowu mnie naszło, bo wymienił mi się długopis w pracy. Tak miękko pisze, niebieści mój podpis, co to był ostatnio czarny, lekko zamazany przez kończący się tygodniami wkład. Jakie to marnotrawstwo potencji tak niebieścić podpis tylko.
Gdyby był to sprzęt domowy, albo lepiej – osobisty, torebkowy, gdybym tak jeszcze nabyła jakiś zgrabny kajecik, najlepiej nieduży, wyrywalny, w twardej okładce, nietuzinkowy…ach!
Kilka razy w takich chwilach pobiegłam, wymieniłam drobne na złudzenia przyszłych zaangażowań. Obiecałam, profilaktycznie nie sobie, kilka pozytywnych „ości” świata: cierpliwość, systematyczność, wytrwałość…
Nic nie zmieni moja wizyta w papierniczym i wybór najlepszego w danym humorze i stanie ducha pisadła czy kartek. Nie potrafię poradzić sobie z zejściem z dachu, na który nie wiem po co wlazłam. Gdybym miała, gdybym była, gdybym, gdybym… szkoda pisać.

poniedziałek, 22 marca 2010

w krainie Kapelusznika


(zdjęcie z portalu filmowego)
Nie moja bajka, nie ta historia. Nawet w dzieciństwie nie biegłam za królikiem, a problemy Alicji były mi obce. Nie wiem czemu - po prostu nie widziałam siebie w tej krainie. Zasadniczo dalej nie widzę.
Ale - ach, jak dobrze móc wpaść w jakiś świat zupełnie niechcący tak, jak ja do kina w sobotę. Nie dlatego, że chciałam, ale dlatego, że ktoś chciał, kto nie mógł iść sam i takie tam.
Katarzyna ma 9 lat. Wydawało mi się, że pokrewieństwo zobowiązuje do rozumienia lub nie określonych historii. Pół filmu się bałam, że ona głównie się boi. Ale twardo siorbała colę, chrupała gigantyczne rozdmuchane ziarenka a wielgachne na jej twarzy okulary skutecznie zasłaniały mi jednoznacze pola weryfikacyjne ewentualnych sądów.
Niespodziewanie dla mnie samej w ciemności kinowej sali złapałam w końcu tego królika, sprawdziłam czas na jego zegarku, zajrzałam do kieszonki zabawnej kamizelki. I jak zaczęłam widzieć w kategoriach zachwytu, dokonana historia rozbłysła zapalonymi światłami, zachęcając niecierpliwie do składowania pustych pojemników w kontenerach przy wyjściu.
- Mamo, nie było widać, że płakałam jak Alicja żegnała Kapelusznika? - padło nieśmiałe cichutkie pytanie jeszcze przed zdjęciem ogromnych czarnych okularów.
- Nie, nie było widać. Nie martw się.
- Ukryłam moje łzy tak dobrze, jak Ty, mamo - i dodała jeszcze, żeby nie było żadnych wątpliwości - biedny Kapelusznik.

niedziela, 21 marca 2010

jak szczypiorek na wiosnę


Zielona, radosna, świeża i niezagospodarowana jak przed pokrojeniem, zaczęłam sobie wiosnę dzisiejszą niedzielą. Obowiązkowe zestawy dołóżkowe: mleko duże w butelce, kubek ciepłego kakao z łyżeczko-słomką (porażające funkcjonalnie urządzenie) oraz dwie małe kawy, oczywiście w filiżankach, niby codzienne, ale pachnące odświętnie nową porą roku.
Potem było szwendanie domowe, szlafrokowe, okularne, leniwe i miłe.
Nie musiałam sprawdzać w organizerze, co dalej. Bo dalej - same frajdy, świętowanki, kupowane chybcikiem napoje po parkowych szaleństwach, jakieś muśnięcia niechcące nad wózkiem, czułe spojrzenia z odległości znacznych nad sznurkowymi pająkami, szczęśliwymi piaskami maleńkich dziewczynek, metalowymi rurami wiszących zastosowań dla nastoletnich wspinaczy, obietnice czułe krótkie, konkretne, zachwycające.
Każde ziele przed użyciem warto skropić wodą. Wiele szczęść okupione jest łzami.

piątek, 19 marca 2010

po szkoleniu

Znowu byłam na szkoleniu. A pewnie, że fajnie, że obiad, ciasteczka i większa jakby swoboda. Szkolenie komputerowe - pełny dostęp do netu, strategicznie doskonała pozycja w ostatnim rzędzie, luz i brak konieczności powstrzymywania się od sprawdzania skrzynki pocztowej przynajmniej raz na pół godziny.
To nałóg. Na pewno.
A teraz siedzę na starych śmieciach i nie wiem, rozkręcać się czy nie rozkręcać? W końcu - piątek.

wtorek, 16 marca 2010

razem raźniej

A zatem od wczoraj mamy nowy pomysł na wieczorne randki raz w tygodniu. Takie małe urozmaicenie. Żeby było tajemniczo – wychodzimy po zmroku, żeby było perwersyjnie – tam dokąd zmierzamy pewien konkretny mebel ma zasadnicze znaczenie. I świeży oddech.
Należy wyszukać klawisz, a zabrzęczą nam, nacisnąć, a drzwi przepuszczą. Ponownie stajemy się adeptami trudnej sztuki oczekiwania.
Przyjemność należy smakować, stąd biorą się upodobania smakoszy do dawkowania doznań. Lecz nie w tym przypadku. Tutaj moment kulminacyjny próbujemy odciągnąć w czasie, bronimy się przypadkowymi kolorowymi gazetami, maskujemy obawy zbędnymi smsami i nagle tak wiele mamy do powiedzenia konwencjonalnych grzeczności, pozdrowień, zapytań. Dopiero rezygnacja i nieuchronność oraz - było nie było - nagląca potrzeba, sadza nas po kolei na fotel. Jeszcze tylko uścisk dłoni („trzymaj się”), przelotne spojrzenie („jestem tu”), a potem zielona serweta, jupiter i miły głos prowadzącej ten seans: „który dzisiaj ząbek?”

poniedziałek, 15 marca 2010

przelogowanie

A teraz nastąpi moment przelogowania, zmiana systemu. Wystarczy podbiciem karty magnetycznej zdać ten poważny wyraz twarzy, zaciśnięcie ust, zwolnić napięcie szczęk i odobojętnić oczy. W chwili przemiany, po rozsunięciu się szklanych drzwi, przygarbi się moja sylwetka, krok wydłuży, a zajęte do tej pory dotykaniem cyfr ręce, opadną swobodnie, bynajmniej nie bezradnie.
Mam kilkadziesiąt minut, aby wpisać się w kolejną aplikację. Otwierają ją zwyczajne klucze, kod do domofonu, przy czym użycie ich zwykle nastręcza kilka organizacyjnych problemów. W jednej ręce chybotliwe siatki bułek, rogalików, szczypiorków, pietruszek, w drugiej zawartość skrzynki pocztowej, osobista torebka, czasem telefon.
W tym systemie zawsze następuje cudowne powitanie, a nie zdawkowe „dzień dobry” jak rano. Tutaj pies tańczy dookoła przemoczonych kozaków, silne dłonie małej kobietki odbierają pełne siatki w poszukiwaniu smakołyków, a przeciągłe „mama” stęsknionej dwulatki owija się wokół kostiumu nie z tej bajki. Gdzieś między rozpięciem żakietu i zdjęciem białej koszuli do prania, gdy ciepła woda rozluźni już ciało i zmyją się codzienne makijaże, dotyk Jego dłoni, zaklęcie ust, nadają mi znaczenie na wieczór.
Nie pamiętam już potem, kim byłam tego dnia i że moment przelogowania urozmaiciły mi duchowe wspomnienia. Do przystanku byłam starą zmęczoną kobietą, w tramwaju zaczytaną studentką, młodą niedoświadczoną żoną w sklepie spożywczym albo wręcz niepewną siebie nastolatką. Po wejściu do domu znajoma kobieca twarz w lustrze potwierdza, że doszłam do siebie.

bolący poniedziałek


Nie piszę. Walczę z pokusą uskarżania się na tak zwany los, że poniedziałek, śnieg, boląca głowa, zaterminowany kalendarz, zapomniane spostrzeżenia weekendowe. Znowu siedzę w klatce służbowych spraw, przed ogromnym monitorem, z palcami przyklejonymi w zaklęte w klawisze litery. I cyfry – może nawet głównie w cyfry. Dla równowagi.
Gdyby tak można było wziąć tabletkę nie tylko na bolącą głowę. Co bym wybrała do korekty?

piątek, 12 marca 2010

zbita szklAnka


Moja wieczorna złość, ta zbita na kuchennej podłodze pełna szklanka z rozpryśniętymi malinowymi frustracjami całego tygodnia, namalowała wśród bieli szafek i w zakamarkach brunatnych fug całą moją lepką niecierpliwość. Wciąż nie oduczyłam się stawiać wymagań w kategoriach perfekcji. Nadal detale pożerają pozory mojego spokoju. Nie wiedzieć czemu ze względnej równowagi wytrąca mnie chwilowa dezorganizacja przestrzeni. W zmiatanych odłamkach zobaczyłam swoje przerażenie. W cichej skardze nieporadnego łkania usłyszałam z dziecięcego pokoju niewyraźne: "mama ..." Przygnębiona pozbierałam szczątki swoich stłuczonych myśli. Znowu zaczynam od czystej podłogi.

Weekend

Powoli, nieśmiało, z ciemniejącej uliczki piątkowego popołudnia, w główny nurt gęstniejącej od powrotów Marszałkowskiej, wyłania się leniwie nieokreślony jeszcze Weekend. Teraz jest panem sytuacji – może wszystko, każdemu obiecuje do woli wedle potrzeb: sen, kino, książkę, zakupy… Czarodziej czasu wolnego, przechadza się między pasażerami zatłoczonych tramwajów i zbiera westchnienia, postanowienia, marzenia, rozdając bilety na wielki występ weekendowej aktywności.
W sobotę Weekend wstanie później, wypije kawę w szlafroku, odkurzy nieudane naleciałości z kątów, poskłada rozrzucone oczekiwania, może nawet przetrze z optymizmem okna w nadziei, że codzienność przeniknie ich przezroczystość bezboleśnie. A potem, spowity podjętymi decyzjami, obłożony karteczkami bliższych i dalszych oczekiwań, zmęczony Weekend metodycznie poodkłada zaplanowane działania – na jutro, na później, na następny weekend.
Aż przyjdzie niedziela, zawładnie czasem i wymieni nam niewykorzystane weekendowe bilety na poniedziałkowe zwątpienia i niechcenia.

czwartek, 11 marca 2010

domowe życie tulipanów


Domowe życie tulipanów przebiega lepiej niż tych z pracy. Może klimat lepszy, atmosfera, aura. Na pewno intencje darczyńcy były piękniejsze. Kolor też mówi sam za siebie. Może czerwień kwiatów jest tendecyjna przez swoją jednoznaczność. Ale jaką intensywność mogłabym dostać od Niego? Mniejszą bym się zmartwiła.
A tak - rosną sobie przycięte domowe tulipany utwierdzając mnie w przekonaniu, że generalnie jest dobrze. I wszelkie moje smutne zastanowienia nie mają racji bytu.

niezrobienia

Jestem perfekcjonistką w tłumaczeniu sobie własnych zaniechań. Podaję realne przyczyny niezrobień, rzeczywiste powody odłożeń w czasie. Bo nie to, że nie mam pomysłów. Mam. Ale cóż, skoro zawsze jest czegoś za dużo i/ lub czegoś nie dosyć. W ciszy - nadmiar spokoju, w życiu - deficyt spokoju. I jeszcze ta obfitość rzeczy przy niedostatku tych właściwych...
Późnymi wieczorami, gdy moje dzienne role odpoczywają w szafie oficjalnych kostiumów, darowany mi czas przepuszcza się przez palce niedopracowań. Wpatrzona w biel monitora wiem doskonale, co chciałabym napisać i dlaczego właśnie tym razem nie mogę.

wiosenne prowokacje


Umierające na biurku w wazonie różowe tulipany wprowadzają mnie w wiosnę raczej w nastroju z typu pod zdechłym azorkiem. Ach wiosna.
Postanowiłam jednak oswoić w sobie odrobinę królewskiego infantylizmu. Różowe kolczyki, różowy sweter, no te tulipany… Mała prowokacja własnego nastroju. Nie lubię przecież tego koloru.
Cukierkowy różowy kwiatek. Tort ananasowo-śmietankowy. Słońce, uśmiechy, życzliwości… Bajka.
Tylko ja nie wpisuję się w kontekst. W momencie rozkwitu zaczyna się umieranie kwiatu. W chwili osiągnięcia celu, rozmywa się przyszłość. Na wiosnę jest najwięcej samobójstw. Sztyfty nawet różowych kolczyków gubią się zawsze nieparzyście. Moje zimowe frustracje ewoluują, płynnie przechodząc w wiosenne depresje.
Tylko sztuczne kwiaty nie umierają. Ale też nigdy nie istnieją naprawdę.

środa, 10 marca 2010

zaangażowanie

Czy zawsze jest ważne, z czego wynika?
Tuż przed snem postanowiłam przełamać środowy schemat. Na moim prywatnym barometrze zachowań środa jest takim małym piątkiem. Znaczy koniec środka tygodnia. Jest szczytem schodów - od tej chwili można tylko powoli iść w dół. Jest momentem zatrzymania i trudnego niekiedy rozliczenia tygodnia. Krzywa spada. Gdybym na wydruk działań tygodniowych nałożyła siatkę osobistego w nich zaangażowania, pewnie nie miałabym wiele do powiedzenia w szafie z mikrofonem. W tym tygodniu, w poprzednim, no i niestety w poprzednim też.
Dla odmiany postanowiłam zrobić sobie przystanek na szczycie w rzeczywistym punkcie środka dnia, ostatnie godziny pierwszej połowy tygodnia grzecznie spędzając na pełnym zaangażowania czytaniu niekończących się tabelek i wykresów. Nawet kawa wyjątkowo mi wystygła obok różowych tulipanów.
Dzisiaj będę akuratna, zapracowana, zaangażowana itd. Może się uda.

wtorek, 9 marca 2010

dzień mojej Warszawy


Leniwymi porankami przyjazność mojej Warszawy maleje wprost proporcjonalnie do ilości metrów dzielących mnie od centrum. Im bliżej pracy, tym bardziej zwalniają mi buty, a ich puk dostosowuje się do rytmu serca. Wolniej, wolniej, jeszcze chwilę wśród pędzących ludzi. Niech przejadą wszystkie samochody, niech przeczytają się wszystkie plakaty, a wczorajsze ulotki odczepią się od podeszw.
Czas przyspiesza popołudniami. Spieszy się pałacowy zegar, wyznaczając mi godziny tego kopciuszkowego balu. Moja Warszawa też chodzi spać po północy. Nastawia zegary, zamyka osiedlowe apteki, pakuje kanapki i odsłania wieczorne rolety, aby znowu odbite od szyb równoległych wieżowców promienie słońca mogły potańczyć na zielonej ścianie salonu.

poniedziałek, 8 marca 2010

Anthony de Mello, Przebudzenie

Wow, w pierwszej chwili autentycznie mnie poraziło. Cóż to za zachwycająca sprawa, tak nagle poczuć się szczęśliwym, niezależnym, a wszystko na pierwszy rzut oka w granicach bezpiecznego prawa. Kusząca propozycja, nie powiem. Jeśli tylko naprawdę wystarczy się obudzić - ok, ja wstaję.
Ale wątpliwości jednak zwyciężyły, wątpliwości, autorytety, jakkolwiek by tego nie nazwać.
Mimo wszystko jest jednak kilka myśli wartych uwagi, a może nawet szansy, aby wypróbować ich działanie. Np. organizacja. Okazuje się, że rzeczy nie potrzebują organizacji. Nie trzeba ich pieczołowicie upychać w kalendarzu. Trzeba tylko ... uświadomić je sobie. Piękne.
Świat bez mojego kalendarza, torebka bez organizera, telefon bez listy spraw, notatnik bez terminów... hm. Chciałabym, chciała.
Sądzę jednak, że na dłuższą metę tak się nie da. Sama jestem upchnięta w kalendarz, ograniczają mnie daty, a stopień komplikacji mojej sprawy rozwija się w miarę zużywanych zegarów, traconych minut, niezauważonych godzin i tych dni, których staram się nie pamiętać.
Więc zasadniczo z jednym się tylko zgadzam bez zastrzeżeń - świadomość to potęga.

Tulipany


Wszystkiego najlepszego. A no tak, święto początku marca. Wszechogarniająca jednodniowa kobiecość. Dziękuję, chociaż bycie kobietą nie jest moją zasługą, życzenia przyjmuję. Niestety, czuję przy tym lekkie zażenowanie. Nie tylko nie moja zasługa, ale wręcz czasem fakt bycia kobietą jest przeze mnie ignorowany do granic możliwości tolerancji ze strony otoczenia.
A jednak trochę mi głupio teraz, jak już te tulipany leżą na biurku w pracy, i cukierek, i życzenia w skrzynce e-mail'owej. Pewnie odbiorę też kilka sms-ów, a może nawet jakiś telefon.
Czuję lekkie wyrzuty sumienia. Nie myślę o sobie w kategoriach K/M. A inni tak. Ciekawe, czy posługują się przy tym prostą obecną od urodzenia etykietą jak oczywistą oczywistością, czy też rzeczywiście patrząc na mnie, nawet w spodniach i codziennie bez makijażu, bez biżuterii, kobiecych dodatków, szpilek, haftowanych chusteczek, piór i futerka przy kapturze workowatej kurtki, widzą mimo wszystko kogoś, kto jest kobietą.

piątek, 5 marca 2010

Krystyna Janda, Różowe tabletki na uspokojenie

To przykre, że ostatnio jednym z ważniejszych kryteriów wyboru książki do tramwaju jest jej rozmiar i ciężar. Oprócz tego ważne jest, aby fabuła nie była zbyt zagmatwana, ot taka sobie, abym mogła spokojnie wrócić do niej bezpośrednio po zamianie numeru środka lokomocji. No i temat - lepiej, żeby nie był zbyt ciężki...
A ta książka, cóż, jest rzeczywiście jak pudełko tabletek, tyle tylko, że bezkarnie można wziąć sobie jednorazowo więcej, niż jedną. Dlatego tak super jeździło mi się ostatnie dwa dni do pracy. Zbiór krótkich błyskotliwie napisanych "jandowym" językiem bezlitosnej szczerości felietonów, akuratnych w formie, dosadnych w treści, z elementami rozbudzającymi ciekawość lub prowokującymi do przemyśleń w chwilach, gdy robiło się za ciasno w tramwaju, aby czytać.
Doskonała lektura. Czym mierzę tę doskonałość? Jeśli czytając coś, zdarza mi się przejechać przystanek lub jeśli wewnętrzny imperatyw czytelniczy każe mi po wyjściu z metra, nie patrząc na zegarek, odejść z tłumu kierującego się wprost do ruchomych schodów, aby we względnym komforcie niezrozumiałego dla ludzi stania z boku móc dokończyć czytany właśnie rozdział, to jest to właśnie potwierdzenie, że książka jest zbyt dobra, aby rozpaczać nad spóźnieniem do pracy.
Zażyłam wszystkie różowe tabletki, bardzo szybko...

czwartek, 4 marca 2010

sufitologia


Patrzenie w górę ma sens. Zawsze miało. Literatura i sztuka podaje wiele konkretnych przypadków zapatrzenia w wyższe partie atmosfery. Nawet na obrazie Chełmońskiego pt. "Bociany" chłopi obserwują latające po niebie ptaki. A na innym obrazie leniwy mieszkaniec pańszczyźnianej wsi, wikłając się nieporadnie w nitki babiego lata, też zauważa nad sobą ogrom potężnego błękitu.
Patrzenie ku górze ma oczywiście znaczenie symboliczne. No bo jakże by inaczej. To poszukiwanie wartości wyższych, pełne wiary zwrócenie się do Boga, wznoszenie się na wyższe poziomy świadomości, nie licząc oczywiście pobudek mniej lub bardziej naukowych typu obserwacja gwiazd czy zainteresowanie helikopterami.
A mi moje niebo często ogranicza ... sufit. Czuję się czasem zamknięta w przestrzeni ciasnych ścian umysłu. Potęgi nieba nie widać przez okna, za którymi jacyś przypadkowi architekci z lat siedemdziesiątych rozłożyli nam kilka betonowych pudełek do zamieszkania. Z pozycji horyzontalnej na właśnie wymienionej na nową sofie, o ile czas pozwala leniwym rankiem soboty, zauważam czasem skrawek nieba. Ale głównie to co najważniejsze ... zasłania mi sufit. Piętra sufitów. Stropy moich niesprawdzonych a wyznawanych namiętnie przekonań. Szczelne belki ukrywanych zahamowań pokryte grubym tynkiem osobistych kompleksów.
Aha, jeszcze to powiedzenie "wziąć coś z sufitu", coś bez sensu, wymyślonego, coś niesprawdzonego i takiego na teraz. Cóż, czasem naprawdę biorę sobie coś z sufitu...