czwartek, 4 marca 2010

sufitologia


Patrzenie w górę ma sens. Zawsze miało. Literatura i sztuka podaje wiele konkretnych przypadków zapatrzenia w wyższe partie atmosfery. Nawet na obrazie Chełmońskiego pt. "Bociany" chłopi obserwują latające po niebie ptaki. A na innym obrazie leniwy mieszkaniec pańszczyźnianej wsi, wikłając się nieporadnie w nitki babiego lata, też zauważa nad sobą ogrom potężnego błękitu.
Patrzenie ku górze ma oczywiście znaczenie symboliczne. No bo jakże by inaczej. To poszukiwanie wartości wyższych, pełne wiary zwrócenie się do Boga, wznoszenie się na wyższe poziomy świadomości, nie licząc oczywiście pobudek mniej lub bardziej naukowych typu obserwacja gwiazd czy zainteresowanie helikopterami.
A mi moje niebo często ogranicza ... sufit. Czuję się czasem zamknięta w przestrzeni ciasnych ścian umysłu. Potęgi nieba nie widać przez okna, za którymi jacyś przypadkowi architekci z lat siedemdziesiątych rozłożyli nam kilka betonowych pudełek do zamieszkania. Z pozycji horyzontalnej na właśnie wymienionej na nową sofie, o ile czas pozwala leniwym rankiem soboty, zauważam czasem skrawek nieba. Ale głównie to co najważniejsze ... zasłania mi sufit. Piętra sufitów. Stropy moich niesprawdzonych a wyznawanych namiętnie przekonań. Szczelne belki ukrywanych zahamowań pokryte grubym tynkiem osobistych kompleksów.
Aha, jeszcze to powiedzenie "wziąć coś z sufitu", coś bez sensu, wymyślonego, coś niesprawdzonego i takiego na teraz. Cóż, czasem naprawdę biorę sobie coś z sufitu...

1 komentarz:

Dziękuję!