wtorek, 23 marca 2010

syndrom skrzypka na dachu

Co jakiś czas się na to nabieram. I teraz właśnie znowu mnie naszło, bo wymienił mi się długopis w pracy. Tak miękko pisze, niebieści mój podpis, co to był ostatnio czarny, lekko zamazany przez kończący się tygodniami wkład. Jakie to marnotrawstwo potencji tak niebieścić podpis tylko.
Gdyby był to sprzęt domowy, albo lepiej – osobisty, torebkowy, gdybym tak jeszcze nabyła jakiś zgrabny kajecik, najlepiej nieduży, wyrywalny, w twardej okładce, nietuzinkowy…ach!
Kilka razy w takich chwilach pobiegłam, wymieniłam drobne na złudzenia przyszłych zaangażowań. Obiecałam, profilaktycznie nie sobie, kilka pozytywnych „ości” świata: cierpliwość, systematyczność, wytrwałość…
Nic nie zmieni moja wizyta w papierniczym i wybór najlepszego w danym humorze i stanie ducha pisadła czy kartek. Nie potrafię poradzić sobie z zejściem z dachu, na który nie wiem po co wlazłam. Gdybym miała, gdybym była, gdybym, gdybym… szkoda pisać.

2 komentarze:

  1. Oj... to może spowodować niespełnienie wielu marzeń, pragnień... minizachcianek... :) a to niedobrze... pomyśl o tym!

    OdpowiedzUsuń
  2. Ale za to ile już masz tych pisadeł i kartek zapewne! A to jest... bezcenne ;) Od czegoś trzeba zacząć!

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję!