piątek, 26 marca 2010

w poszukiwaniu białych klawiszy


Dzień spraw do załatwienia i pism do napisania. Na całego zatem bawiłam się czarnymi puzzlami liter, nie unikając żadnych znaków przestankowych, ani tych diakrytycznych rzecz jasna.
A nawet teraz, zamiast nacisnąć start w celu osiągnięcia mety tygodnia pracy, palce moje wykonują przedziwne staccato. Klawisz tu, klawisz tam, a zza okna hałas. Jedzie VIP, ktoś przesuwa po asfalcie ciężkie od procentów obietnice, pozamykane w butelkach, szum samochodów, bełkot radia.
Jest ciepło. Wszystkie okna skłaniają się do wewnątrz, jakby ulica chciała wedrzeć się tutaj. Przez żaluzje prześwitują resztki promieni słońca, które dzisiaj zniweczyło trochę moje plany. Bo bladym świtem, prawie mglistym, kręcącym mi deszczem włosy, szłam dzisiaj wyjątkowo, nie na obcasach i nie w kostiumie.
I nawet tak się czułam jak dawniej trochę, może przez te buty sportowe, dżinsy za jasne i czarny golf, kupiony z sentymentu parę dni temu, pewnie nie przypadkowo, skoro tyle wspomnień wywołał.
Takie oto połączenie. Miejsce z Teraz, a ubiór z Dawniej. Może koralików z pestek jabłka brakuje. Oprócz tego generalnie wszystko się zgadza. Zamiast na pianinie, koncertuję dzisiaj w edytorze.

1 komentarz:

  1. Ja nie wiem, ja Ty to robisz, ale czytam Twojego bloga i widzę siebie, tak często, że sama się dziwię:)
    Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję!