A teraz nastąpi moment przelogowania, zmiana systemu. Wystarczy podbiciem karty magnetycznej zdać ten poważny wyraz twarzy, zaciśnięcie ust, zwolnić napięcie szczęk i odobojętnić oczy. W chwili przemiany, po rozsunięciu się szklanych drzwi, przygarbi się moja sylwetka, krok wydłuży, a zajęte do tej pory dotykaniem cyfr ręce, opadną swobodnie, bynajmniej nie bezradnie.
Mam kilkadziesiąt minut, aby wpisać się w kolejną aplikację. Otwierają ją zwyczajne klucze, kod do domofonu, przy czym użycie ich zwykle nastręcza kilka organizacyjnych problemów. W jednej ręce chybotliwe siatki bułek, rogalików, szczypiorków, pietruszek, w drugiej zawartość skrzynki pocztowej, osobista torebka, czasem telefon.
W tym systemie zawsze następuje cudowne powitanie, a nie zdawkowe „dzień dobry” jak rano. Tutaj pies tańczy dookoła przemoczonych kozaków, silne dłonie małej kobietki odbierają pełne siatki w poszukiwaniu smakołyków, a przeciągłe „mama” stęsknionej dwulatki owija się wokół kostiumu nie z tej bajki. Gdzieś między rozpięciem żakietu i zdjęciem białej koszuli do prania, gdy ciepła woda rozluźni już ciało i zmyją się codzienne makijaże, dotyk Jego dłoni, zaklęcie ust, nadają mi znaczenie na wieczór.
Nie pamiętam już potem, kim byłam tego dnia i że moment przelogowania urozmaiciły mi duchowe wspomnienia. Do przystanku byłam starą zmęczoną kobietą, w tramwaju zaczytaną studentką, młodą niedoświadczoną żoną w sklepie spożywczym albo wręcz niepewną siebie nastolatką. Po wejściu do domu znajoma kobieca twarz w lustrze potwierdza, że doszłam do siebie.
Mam kilkadziesiąt minut, aby wpisać się w kolejną aplikację. Otwierają ją zwyczajne klucze, kod do domofonu, przy czym użycie ich zwykle nastręcza kilka organizacyjnych problemów. W jednej ręce chybotliwe siatki bułek, rogalików, szczypiorków, pietruszek, w drugiej zawartość skrzynki pocztowej, osobista torebka, czasem telefon.
W tym systemie zawsze następuje cudowne powitanie, a nie zdawkowe „dzień dobry” jak rano. Tutaj pies tańczy dookoła przemoczonych kozaków, silne dłonie małej kobietki odbierają pełne siatki w poszukiwaniu smakołyków, a przeciągłe „mama” stęsknionej dwulatki owija się wokół kostiumu nie z tej bajki. Gdzieś między rozpięciem żakietu i zdjęciem białej koszuli do prania, gdy ciepła woda rozluźni już ciało i zmyją się codzienne makijaże, dotyk Jego dłoni, zaklęcie ust, nadają mi znaczenie na wieczór.
Nie pamiętam już potem, kim byłam tego dnia i że moment przelogowania urozmaiciły mi duchowe wspomnienia. Do przystanku byłam starą zmęczoną kobietą, w tramwaju zaczytaną studentką, młodą niedoświadczoną żoną w sklepie spożywczym albo wręcz niepewną siebie nastolatką. Po wejściu do domu znajoma kobieca twarz w lustrze potwierdza, że doszłam do siebie.
Magia. To pisanie Twoje.
OdpowiedzUsuńPod każdym komentarzem, mogę wrzucić formułkę, czy mogę sobie to skopiować?;-)
Fajnie :) A mnie czasami się wydaje, że po prostu bawię się w dorosłe życie, w dom itd. A Ty wiesz, kiedy i gdzie jesteś u siebie i sobą. Super!
OdpowiedzUsuńJa nie kopiuję, ale czytam i chłonę. :)
OdpowiedzUsuńDobrze znane mi nastroje, tylko moja mała kobietka już dorosła :)
OdpowiedzUsuń