piątek, 5 marca 2010

Krystyna Janda, Różowe tabletki na uspokojenie

To przykre, że ostatnio jednym z ważniejszych kryteriów wyboru książki do tramwaju jest jej rozmiar i ciężar. Oprócz tego ważne jest, aby fabuła nie była zbyt zagmatwana, ot taka sobie, abym mogła spokojnie wrócić do niej bezpośrednio po zamianie numeru środka lokomocji. No i temat - lepiej, żeby nie był zbyt ciężki...
A ta książka, cóż, jest rzeczywiście jak pudełko tabletek, tyle tylko, że bezkarnie można wziąć sobie jednorazowo więcej, niż jedną. Dlatego tak super jeździło mi się ostatnie dwa dni do pracy. Zbiór krótkich błyskotliwie napisanych "jandowym" językiem bezlitosnej szczerości felietonów, akuratnych w formie, dosadnych w treści, z elementami rozbudzającymi ciekawość lub prowokującymi do przemyśleń w chwilach, gdy robiło się za ciasno w tramwaju, aby czytać.
Doskonała lektura. Czym mierzę tę doskonałość? Jeśli czytając coś, zdarza mi się przejechać przystanek lub jeśli wewnętrzny imperatyw czytelniczy każe mi po wyjściu z metra, nie patrząc na zegarek, odejść z tłumu kierującego się wprost do ruchomych schodów, aby we względnym komforcie niezrozumiałego dla ludzi stania z boku móc dokończyć czytany właśnie rozdział, to jest to właśnie potwierdzenie, że książka jest zbyt dobra, aby rozpaczać nad spóźnieniem do pracy.
Zażyłam wszystkie różowe tabletki, bardzo szybko...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję!