piątek, 19 kwietnia 2013

lokalnie o żonkilach przez wielkie H

Dziś jest mi smutno nie tylko z mojego powodu. Jest mi smutno tak globalnie, z powodu 19 kwietnia, z powodu mojej obecności w Warszawie i tego, jak niewiele wiem o ulicach, po których czasem chodzę.

Ot, taka Karmelicka. Donikąd z niej dojść. Po prostu zwyczajnie zabłądziłam kiedyś od Jana Pawła, szukałam czegoś, spieszyłam się. Dziś wiem, że może to taka ulica od pośpiesznych przejść, ale wtedy spieszyłam się, bo wiał wiatr i wiosna nie do końca jeszcze rozpaliła miasto.

Sądzę, że niektóre wiosny nie dają nadziei. Niektóre ulice prędzej rozpalają negatywne emocje niż słońce, niezrozumiałe emocje, takie, dla których brakuje mi przymiotników.

Męczy mnie niejednoznaczność postawy niektórych mieszkańców dawnej Warszawy. Męczy mnie, że nawet dzisiaj zaprzeczyć się chce historii, tej trudnej Historii. Nie próbuję zrozumieć, bo nie zrozumiem. Chciałabym poczuć. Chciałabym wiedzieć.

Dziwne, że te dawniej płonące ulice, miejsca naznaczone gwiezdnym cierpieniem, to nie moje rejony. Mijam je zaledwie, jakoś obrzeżem, przy okazji, tramwajami. Nie patrzę na błękitny wieżowiec inaczej jak na górę szkła. A w tym miejscu stała kiedyś inna góra, pod pewnymi względami większa. I miała nawet coś z błękitu. Nie wiedziałam.

Oczywiście, można powiedzieć, że to nie moja historia, nie moja tradycja. Nie sprawdzałam, ale chyba też nikogo z moich przodków. Niestety. Choć nie wstydzę się tego, z jakiego „Domu” się wywodzę, dziś wolałabym być po drugiej stronie niewidzialnego muru, skoro wciąż nie udaje się całkowicie zastąpić go ulotnością żonkili.

I kim w tym wszystkim jestem?

Przede wszystkim chcę zobaczyć kładkę dwóch świetlistych wydarzeń nad historią miasta, w którym żyję. Trzy razy od dziś, żeby nie było, trzy razy o 21:30, u tych, którzy nie pytali, czemu o 10:00 wyły syreny, bohaterowie obu Powstań upomną się o pamięć.

Dowiedz się o tym.
Poczuj.



wtorek, 16 kwietnia 2013

Fault start

Kolory za oknem nie zachęcały do wstania. A jednak, zanim rozdzwoniły się brutalnie budziki, w połowie snu o jakiejś zagmatwanej strukturze, otworzyłam oczy i pomyślałam, że to doskonały pomysł, by ranek rozpocząć inaczej.

5:30. Szkoda czasu na kawę. Gdy poczuję jej aromat, natychmiast przypomnę sobie, że nie jestem w stanie bez niej dojść dalej niż do tramwaju. Zatem tylko założyłam soczewki, zamieniłam piżamę na dresik i dokładnie zawiązałam sznurówki na moich nowych, pierwszych w zasadzie, butach do biegania.

Na klatce, zanim zeszłam na dół, obwiązałam sobie nadgarstek lewej ręki czerwoną bandamą, w którą owinęłam klucze do drzwi. Jakoś nie pomyślałam o tym wcześniej, że problemem może nie być wyjść z domu, ale dostać się do środka. Z braku kluczy. A telefon? Jak zabrać telefon?

Zawsze rano schodzę z trudem, a teraz zbiegłam po prostu i z ostatniego schodka zeskoczyłam lekko w chłodne miasto. Puste podwórko, ostre powietrze, jeszcze niepozbierane butelki po nocnych spotkaniach sfrustrowanych sąsiadów. Po prostu wybiec z osiedla – pomyślałam – i najkrótszą z możliwych dróg dobiegłam do ulicy. Puste przejście dla pieszych, jacyś skuleni przechodnie w oddali, kilka samochodów – ot, zwyczajny chyba początek. Przez pierwsze dwieście metrów, na oko, nie czułam bardzo, że biegnę. Patrzyłam łakomie na ulice, których zwykle nie widuję o tej porze.

I tak trzeba samotnie zmagać się ze sobą. Choćby ci ktoś towarzyszył, choćby dawał wskazówki, podpowiadał, nie wyreguluje ci oddechu do twoich spraw, nie przybliży dystansu do przebycia. Zresztą, nie jestem przekonana, że trzeba go koniecznie przybliżać.

Biegłam coraz ledwiej, a chłód coraz mniej pomagał na moje truchtające myśli. Brak oddechu zaczął stawać się zwyczajną zadyszką, a nie życiowym problemem krępującym ciało. Przypomniałam sobie, że pomaga, gdy się zwolni do marszu i kilka minut w ten sposób powędruje dalej.

Szłam więc energicznie, skoncentrowana na oddechu, czynności pozornie prostej i dostępnej większości od urodzenia. Chciałam uspokoić tę moją niespodziewaną zachłanność, natarczywość względem świata, poskromić ekspansję płuc. Jeśli nie dam rady biec, przecież mogę wrócić idąc – pomyślałam.

Tylko... od którego momentu zaczyna się powrót? Do kiedy na tej pętli, osobistej bieżni podarowanego mi czasu, jeszcze idę dalej? A kiedy już wracam?

Myśl zaczęła mi się mieszać z oddechem, ni to szłam ni biegłam. Nogi mi drżały jakoś niespokojnie, kolana utykały. Zamiast świszczącego oddechu słyszałam tykanie zegara. W jakimś pomieszaniu strasznym wpadłam na ulicę, nie patrząc zupełnie, że nie jest pusta. Nadjeżdżający samochód zatrąbił na mnie znajomą melodią fałszującego co rano elektronicznego budzika.

Na schodach odwinęłam bandamę, otworzyłam kluczem drzwi, podeszłam do biblioteczki i wyłączyłam budzik. 7:00. Założyłam soczewki, włączyłam wodę na kawę, wyjęłam z szafy wyprasowaną koszulę.

- Może gdybyś wypiła wtedy tę kawę, dobiegłabyś dalej - szyderczo stuknęły moje nieużywane buty do biegania.



czwartek, 11 kwietnia 2013

niepowtarzalność

Znowu za dziesięć siódma, pośpieszna kawa na stojąco w kuchni, budzenie dnia, pakowanie kanapek. Albo ma być pogoda, albo nie, będzie słońce/deszcz albo nie będzie. Nie pamiętam już, co tam dzisiaj akurat mówili. Te same spodnie co wczoraj, a może i przedwczoraj, nie kojarzę jakoś. Niewiele się różnią dni od siebie, tylko popołudniami trochę. Poranki są jednakowe. I buziaczki, i „miłego dnia”, „zadzwoń”, „zadzwonię” i po schodach w dół, ze dwa „dzień dobry” i pierwszy haust jeszcze nie wiosennego albo już trochę wiosennego powietrza. W drodze na przystanek tradycyjnie żałowałam, że nie wstałam wcześniej, nie włożyłam stóp w turkus butów do biegania, nie wchłonęłam porannej porcji Warszawy tuż przed pustoszeniem parkingów sypialnianej dzielnicy.


Zamiast tego, jak co dzień, w grupie ludzi znajomych z widzenia, a którym zgodnie z obecnie panującym nie wiedzieć czemu trendem nie mówimy sobie „dzień dobry”, kontemplowałam barierki przystanku w wiecznym remoncie, hipnotyzowały nas zmiany świateł na skrzyżowaniu, a słońce, którego nikomu z nas nie udało się odnaleźć za blokami, wygrywało z nami w zabawie w chowanego.

Siedziałam w tramwaju albo stałam, w uszach blues albo nie, a może nawet to nie muzyka a myśli zagłuszały mi telefoniczne rozmowy zdążających do szkół nastolatek. Czytałam książkę, pachniały mi kanapki z torebki i jak zwykle w ostatniej chwili zorientowałam się, że czas na przesiadkę do metra.

Od wczoraj nawet o kilka metrów nie przesunął się ani Pałac Kultury ani pani rozdająca gazety, tymczasowe przejścia przez Marszałkowską wypadają w tych samych miejscach i zupełnie tak samo pachną drożdżówki z Sezamu. Może śnieg trochę stopniał, a może to już wczoraj było tej szarości chodników więcej niż zadymionej bieli na krawędziach ulic? Nie wiem.

Nie pamiętam wczorajszego poranka i czym różnił się od dzisiejszego. Nie wskazałabym różnic bez większego zastanowienia. Mijam te dni jak kolejne stacje metra; są trochę podobne, trochę różne, inaczej nazwane, powtarzające się w określonych interwałach. Na każdej zdarzyło mi się zbudować doraźnie znaczenie swoją obecnością, przemyśleniami, spostrzeżeniami, zapomnieniami, nami. Na każdej byłam. Wyjątkowości żadnej z nich nie pamiętam.

Trudno jest pamiętać o niepowtarzalności każdego przeżytego dnia. Ale wszystkie składają się na moją podróż.


poniedziałek, 8 kwietnia 2013

buty do biegania

Kupiłam je. To śmieszne trochę. Takie buty do czegoś. Zwykle miałam po prostu buty, takie dla mnie. A te – są nie tylko przeznaczone na moje stopy, ale też do konkretnej ich działalności. Nadmienię, że to moje drugie buty do czegoś. Te pierwsze buty sportowe są do squasha i … działają!

Buty do biegania stoją w dużym pokoju od wczoraj i niezliczona ilość oczek w siateczce, która zapewnić ma moim stopom oddech z każdą mijaną płytką chodnikową, patrzą na mnie pytająco – odważysz się?

Nie wiem. Ale posiadanie butów do czegoś jednak zobowiązuje. To bez sensu mścić się akurat na nich, że kiedyś jakieś pantofle mnie zawiodły. To nie fair. Nowe buty – nowa szansa. Nie będę ich zawodzić swoją nieobecnością. Są do biegania, będą biegać. Nie mogę oszukiwać tylu wpatrzonych we mnie ok.

I tylko nie mam z kim biegać.

To głupie, że sama bardziej się wstydzę, boję. Moje małe demony. To pierwsze, wstyd, pokonam. Kilka barier już przełamałam, np. założyłam sportowy strój i ośmieliłam się ćwiczyć, choć wiedziałam, że marnie to wygląda. Jednak po jakimś czasie odkryłam, że nie ma dla mnie znaczenia, jak to wygląda. Może i koślawo, cóż z tego? Zaczęłam się koncentrować na tym, jak się czuję. Oddycham. Staram się nie porównywać z innymi. Dlatego często zamykam oczy gdy ćwiczę pilates w grupie – nie potrzebuję luster, choćby w postaci sylwetek osób razem ze mną biorących udział w treningu.

Ale ten strach, znowu ten strach, że mi się coś stanie. Irracjonalne. Wolałabym biec za kimś lub przed kimś. Raz wyznaczać tempo, raz gonić. Wszystko jedno z kim, bo nie o znajomość chodzi, nie o gadanie, o nic. Czyste towarzyszenie, współudział. Próbowałam wśród znajomych, sąsiadek nawet, rodziców dzieci chodzących z moimi dziećmi do tzw. placówek oświatowych. Bezskutecznie.

Zanim wyjdę w nowych butach czeka mnie do przepracowania jedna sprawa. Wiem, że towarzysz nie jest mi potrzebny, bo co niby mi się może stać na ścieżce rowerowej na obrzeżach pobliskiego parku? Mimo to wyobrażę sobie, że biegnę z przodu. Po prostu zawsze z przodu, wyznaczam tempo, wybieram trasę, biegnę. Za mną niewidoczny może, ale obecny przecież, towarzysz. Na wszelki wypadek.

Podobno w bieganiu dobrze jest wyznaczać sobie cele. Mówią, że mogą być nimi kolejne trasy, dystanse, nawierzchnie. Mój cel jest inny.

Gdy pewnego dnia zmęczona po biegu zatrzymam się odpocząć i spostrzegę się, że naprawdę jestem sama, że wymyślony towarzysz od wszelkich wypadków zgubił się gdzieś po drodze albo nie nadążył za mną, uznam, że dobiegłam do pierwszej z wielu osobistych met, które chciałabym osiągnąć.