poniedziałek, 8 kwietnia 2013

buty do biegania

Kupiłam je. To śmieszne trochę. Takie buty do czegoś. Zwykle miałam po prostu buty, takie dla mnie. A te – są nie tylko przeznaczone na moje stopy, ale też do konkretnej ich działalności. Nadmienię, że to moje drugie buty do czegoś. Te pierwsze buty sportowe są do squasha i … działają!

Buty do biegania stoją w dużym pokoju od wczoraj i niezliczona ilość oczek w siateczce, która zapewnić ma moim stopom oddech z każdą mijaną płytką chodnikową, patrzą na mnie pytająco – odważysz się?

Nie wiem. Ale posiadanie butów do czegoś jednak zobowiązuje. To bez sensu mścić się akurat na nich, że kiedyś jakieś pantofle mnie zawiodły. To nie fair. Nowe buty – nowa szansa. Nie będę ich zawodzić swoją nieobecnością. Są do biegania, będą biegać. Nie mogę oszukiwać tylu wpatrzonych we mnie ok.

I tylko nie mam z kim biegać.

To głupie, że sama bardziej się wstydzę, boję. Moje małe demony. To pierwsze, wstyd, pokonam. Kilka barier już przełamałam, np. założyłam sportowy strój i ośmieliłam się ćwiczyć, choć wiedziałam, że marnie to wygląda. Jednak po jakimś czasie odkryłam, że nie ma dla mnie znaczenia, jak to wygląda. Może i koślawo, cóż z tego? Zaczęłam się koncentrować na tym, jak się czuję. Oddycham. Staram się nie porównywać z innymi. Dlatego często zamykam oczy gdy ćwiczę pilates w grupie – nie potrzebuję luster, choćby w postaci sylwetek osób razem ze mną biorących udział w treningu.

Ale ten strach, znowu ten strach, że mi się coś stanie. Irracjonalne. Wolałabym biec za kimś lub przed kimś. Raz wyznaczać tempo, raz gonić. Wszystko jedno z kim, bo nie o znajomość chodzi, nie o gadanie, o nic. Czyste towarzyszenie, współudział. Próbowałam wśród znajomych, sąsiadek nawet, rodziców dzieci chodzących z moimi dziećmi do tzw. placówek oświatowych. Bezskutecznie.

Zanim wyjdę w nowych butach czeka mnie do przepracowania jedna sprawa. Wiem, że towarzysz nie jest mi potrzebny, bo co niby mi się może stać na ścieżce rowerowej na obrzeżach pobliskiego parku? Mimo to wyobrażę sobie, że biegnę z przodu. Po prostu zawsze z przodu, wyznaczam tempo, wybieram trasę, biegnę. Za mną niewidoczny może, ale obecny przecież, towarzysz. Na wszelki wypadek.

Podobno w bieganiu dobrze jest wyznaczać sobie cele. Mówią, że mogą być nimi kolejne trasy, dystanse, nawierzchnie. Mój cel jest inny.

Gdy pewnego dnia zmęczona po biegu zatrzymam się odpocząć i spostrzegę się, że naprawdę jestem sama, że wymyślony towarzysz od wszelkich wypadków zgubił się gdzieś po drodze albo nie nadążył za mną, uznam, że dobiegłam do pierwszej z wielu osobistych met, które chciałabym osiągnąć.



2 komentarze:

  1. Jak dobrze w tej blogowej nijakości i pustosłowiu przeczytać coś, co warto przeczytać. Pozdrawiam.
    D.

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję!