wtorek, 16 kwietnia 2013

Fault start

Kolory za oknem nie zachęcały do wstania. A jednak, zanim rozdzwoniły się brutalnie budziki, w połowie snu o jakiejś zagmatwanej strukturze, otworzyłam oczy i pomyślałam, że to doskonały pomysł, by ranek rozpocząć inaczej.

5:30. Szkoda czasu na kawę. Gdy poczuję jej aromat, natychmiast przypomnę sobie, że nie jestem w stanie bez niej dojść dalej niż do tramwaju. Zatem tylko założyłam soczewki, zamieniłam piżamę na dresik i dokładnie zawiązałam sznurówki na moich nowych, pierwszych w zasadzie, butach do biegania.

Na klatce, zanim zeszłam na dół, obwiązałam sobie nadgarstek lewej ręki czerwoną bandamą, w którą owinęłam klucze do drzwi. Jakoś nie pomyślałam o tym wcześniej, że problemem może nie być wyjść z domu, ale dostać się do środka. Z braku kluczy. A telefon? Jak zabrać telefon?

Zawsze rano schodzę z trudem, a teraz zbiegłam po prostu i z ostatniego schodka zeskoczyłam lekko w chłodne miasto. Puste podwórko, ostre powietrze, jeszcze niepozbierane butelki po nocnych spotkaniach sfrustrowanych sąsiadów. Po prostu wybiec z osiedla – pomyślałam – i najkrótszą z możliwych dróg dobiegłam do ulicy. Puste przejście dla pieszych, jacyś skuleni przechodnie w oddali, kilka samochodów – ot, zwyczajny chyba początek. Przez pierwsze dwieście metrów, na oko, nie czułam bardzo, że biegnę. Patrzyłam łakomie na ulice, których zwykle nie widuję o tej porze.

I tak trzeba samotnie zmagać się ze sobą. Choćby ci ktoś towarzyszył, choćby dawał wskazówki, podpowiadał, nie wyreguluje ci oddechu do twoich spraw, nie przybliży dystansu do przebycia. Zresztą, nie jestem przekonana, że trzeba go koniecznie przybliżać.

Biegłam coraz ledwiej, a chłód coraz mniej pomagał na moje truchtające myśli. Brak oddechu zaczął stawać się zwyczajną zadyszką, a nie życiowym problemem krępującym ciało. Przypomniałam sobie, że pomaga, gdy się zwolni do marszu i kilka minut w ten sposób powędruje dalej.

Szłam więc energicznie, skoncentrowana na oddechu, czynności pozornie prostej i dostępnej większości od urodzenia. Chciałam uspokoić tę moją niespodziewaną zachłanność, natarczywość względem świata, poskromić ekspansję płuc. Jeśli nie dam rady biec, przecież mogę wrócić idąc – pomyślałam.

Tylko... od którego momentu zaczyna się powrót? Do kiedy na tej pętli, osobistej bieżni podarowanego mi czasu, jeszcze idę dalej? A kiedy już wracam?

Myśl zaczęła mi się mieszać z oddechem, ni to szłam ni biegłam. Nogi mi drżały jakoś niespokojnie, kolana utykały. Zamiast świszczącego oddechu słyszałam tykanie zegara. W jakimś pomieszaniu strasznym wpadłam na ulicę, nie patrząc zupełnie, że nie jest pusta. Nadjeżdżający samochód zatrąbił na mnie znajomą melodią fałszującego co rano elektronicznego budzika.

Na schodach odwinęłam bandamę, otworzyłam kluczem drzwi, podeszłam do biblioteczki i wyłączyłam budzik. 7:00. Założyłam soczewki, włączyłam wodę na kawę, wyjęłam z szafy wyprasowaną koszulę.

- Może gdybyś wypiła wtedy tę kawę, dobiegłabyś dalej - szyderczo stuknęły moje nieużywane buty do biegania.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję!