czwartek, 24 października 2013

"Pożegnanie z Afryką" Karen Blixen

„Pożegnanie z Afryką” dla mnie okazało się bardziej przywitaniem. Niektórym wyda się może dziwne, że nie widziałam filmu, nie czytałam wcześniej tej pozycji, chociaż oczywiście - o jednym i o drugim całkiem sporo słyszałam. Z grubsza znana mi też była biografia autorki, ot - tyle tylko, ile potrzeba, by nadać dziełu etykietkę „na faktach autentycznych”. Czasem to zachęca odbiorcę, mnie raczej odrzuca. Pewnie dlatego tyle lat zajęła mi decyzja o przeczytaniu książki.

To nie jest pożegnanie z czymś egzotycznym. Może dla ludzi nie do końca wkręconych w temat Afryka i zamieszkanie gdzieś w jej przestrzeni wydaje się jakąś obcą ideą, nowością, odwagą. Pożegnanie byłoby zatem w tej konwencji powrotem do europejskiej normalności. Lecz ja czytałam to inaczej, jak opowieść o zakończeniu pewnego rozdziału w życiu, odejściu z domu wymuszonym przez okoliczności, koniecznej zmianie statusu. Spokojna narracja utrzymana w stylu niespiesznej opowieści metodycznie wprowadza czytelnika w świat kobiety „nie z tej bajki”, która w początkowo obcej przestrzeni mierzy się ze sobą. Obserwuje świat, swoje uczucia, myśli, uczy się ludzi o innej wrażliwości i sposobach na teraźniejszość, nie porównując, nie wartościując, niewiele w sumie mówiąc o sobie. Nie ma tutaj mowy o smutku, a jednak w każdym opisie piękna przyrody widzę cień w obserwujących ten świat z zachwytem oczach właścicielki plantacji kawy.

Ta książka jest zbiorem fotografii, tych najcenniejszych, które się wynosi wyprowadzając się z domu rodziców w inne, nowe życie. Pudełko wspomnień, aby pamiętać, jakim się kiedyś było, zanim ostatecznie stało się jasne, że mimo najlepszych chęci i ziaren nie wyrośnie w tych warunkach prawdziwie wartościowa kawa. I aby wyjść ponad siebie, trzeba odejść, choć niby wcale się nie chce.

Każdy może napisać w życiu co najmniej jedną książkę. Zna przecież jedną historię na pewno – swoją, i jednego bohatera – siebie. Ale też jedno jest pewne – nie każdy z tych, co się odważa, powinien to robić.

Lecz dobrze, że Karen Blixen postanowiła pożegnać się ze sobą z afrykańskiego okresu. Zrobiła to moim zdaniem z prawdziwą klasą. Mało jest „ja” w tej pozycji, choć pierwszoosobowa narracja do tego upoważnia. Emocje ukryte są opisach widoków, maskują je safari i funkcje społeczne głównej bohaterki, problemy codzienności otaczających ją ludzi. Niby Afryka, plantacja, słabo znane plemiona i egzotyczna przyroda, a mimo to w odbiciu w szybie okna, przez które patrzyła, w szklistych oczach ludzi, o których pisała, zwierząt, o które dbała lub które zabijała i w politurze mebli, które musiała sprzedać, widziałam przede wszystkim twarz dojrzałej kobiety, która znów musi zacząć wszystko od nowa, nie chcąc przyznać, jak bardzo ją to przytłacza.

3 komentarze:

  1. Trochę nie na temat powiem, że przypomniał mi się "Angielski pacjent". Oczywiście film, bo książek "wymyślonych" do ręki nie biorę. I najpierw długo nie i nie bo to pewnie jakaś kicha, a potem obejrzałem i wyłem jak mops ;))

    OdpowiedzUsuń
  2. a wiesz, nie czytałam i nie oglądałam "Angielskiego pacjenta"...
    czemu "wymyślonych" książek nie bierzesz do ręki? tak metodycznie i z definicji?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jakoś mi dziwnie, że mam się wzruszać, interesować, śmiać z czegoś, co de facto jest produktem. "Weź pan tam, panie Szekspir, walnij historyjkę, że ona on, kochają się i potem dramat" :))
      Uwielbiam książki, ale czytam tylko te opisujące zdarzenia, który wydarzyły się w rzeczywistości, ludzi, którzy naprawdę żyli, naprawdę kochali, naprawdę popełniali błędy. Biografie, autobiografie, historie państw, ruchów politycznych itp. Jedyny wyjątek na "wymyślone" robię dla "Poldka" Staffa, który był geniuszem absolutnym, tak że można mu wybaczyć fantazjowanie ;)

      Usuń

Dziękuję!