poniedziałek, 21 października 2013

nalewka z aronii wieczorową porą w połowie października

Jak wygląda wieczór? Cóż, raczę się naleweczką z aronii. Pyszna, domowa, słodziutka - niebo w gębie! I pomyśleć, że nie doceniałam takich specjałów... Głupia byłam. Nie ma nic lepszego po całym dniu, zabieganym, rozedrganym tysiącem ważnych i mniej ważnych spraw i sprawek. Cisza w domu, co prawda pora dosyć późnawa i długo raczyć się nie mogę, bo to jednak poniedziałek i do weekendu daleko, ale tych kilka minut doprawdy warto świadomie zaliczyć do plusów. Chociaż siedzę samotnie.
Na balkon podeszła już noc, wilgotna i lekko wietrzna. Zaczynam jak co jesień czuć wyraźnie, że mam gardło, a rankami jakoś gorzej się wstaje niż latem, ale mimo wszystko przecież nie jest zupełnie bez sensu. Znalazłam kilka nowych spraw w tym roku do załatwienia, a czas przeznaczył dla mnie kilka nowych wzruszeń do przemyśleń. Będę się z nimi rozprawiać jesienią, może zimą nawet.
Ta nalewka - cudo! - rozgrzewa mi nie tylko ciało, ale i ducha jakby. Mocna czerwień napełnia mnie optymizmem, podnosi nastrój. Tyle rzeczy do zrobienia, jakieś domowe zaległości, niedobory snu i jakby się nad tym głębiej zastanowić - ten rok okazał się trudny. Myślałam już, że nie podniosę się ze złych doświadczeń, że znowu zaciemnią mi pole widzenia, zredukują dni do listy spraw do załatwienia. A tu proszę - są takie wieczory, przecież mogą być po prostu takie: niespieszne w ciągu wyrwanych z kontekstu kilkunastu minut, kiedy nieważne, że okna nieumyte i szafy nieposprzątane, a ja siedzę sobie z małym kieliszeczkiem intensywnej jak krew słodyczy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję!