środa, 6 marca 2013

naprawianie

Czasami wydaje mi się, że nie mam nic do powiedzenia. Jestem taka sama jak większość motających się dojrzałych dziewczynek, uwikłanych w życie na poziomie 30-40. Mam typowe problemy, kupuję co rano drożdżówki z takim samym poczuciem winy jakie mają moje równolatki, moje zmarszczki na twarzy nie znikają zależnie od grymasu i zawsze na wiosnę podejmuję nowe wyzwania w stylu – naprawię swoje życie.

Co to znaczy naprawię?

Żeby coś naprawić, to coś musi być najpierw popsute. Zaczynam zatem od redefiniowania pojęć. Prawda jest taka, że nie ma czego naprawiać. Zawsze jest na co narzekać, ale w sumie bardziej musiałabym dziękować. Mam jednak wrażenie, że najbardziej obciążają mnie – nazwijmy to – koszty uzyskania przychodu.

Jestem wdzięczna za wszystko co mam. Nie zamieniłabym na nic innego, przynajmniej tak mi się wydaje. Ale… i posiadanie kosztuje, nie finansowo, chociaż też oczywiście, ale bardziej chodzi mi o koszty duchowe, psychiczne, tego typu. Coś, co niektórzy określają mianem „psychologicznych bzdur”, do niedawna interesowało mnie jedynie incydentalnie. Od jakiegoś czasu jednak, chcąc nie chcąc, „bzdury” te dopadły mnie w ciemnym zaułku, przydusiły, przytrzymały, aż zrozumiałam.

Jest kilka aspektów mnie do uzdrowienia. Jest kilka rzeczy, które muszę zaakceptować. Jedyne chyba, co powinnam zmienić, to własne nastawianie do siebie, spraw, świata itd. Wymiana "muszę" na "chcę".

Całkiem niedawno mówiłam, że jeszcze nie wiem, kim będę, jak dorosnę. Po ostatnich bolesnych przewartościowaniach dorosłam do tego, by przyznać, że nie jest to istotne, o ile sama ze sobą nie dojdę do ładu.

Na początek postanowiłam zaprzyjaźnić się … ze sobą. Uczucie całkowicie mi obce, szczerze przyznam. Nie zastanawiałam się nad tym do czasu, aż przeczytałam gdzieś takie pytanie – czy jesteś dobra dla siebie? Po zastanowieniu odpowiedziałam sobie, że nie. Oprócz tego – jak to się stało, że nie mam i nigdy nie miałam żadnej przyjaciółki w tym znaczeniu „od serca”? Kiedyś mówiono mi, że potrafię słuchać ludzi i może dlatego było kilka głębszych znajomości. O sobie mówiłam niewiele, a raczej – pozornie mówiłam coś tam, ale raczej nie to, co bolało naprawdę.

Słuchałam innych. Nie siebie.

Dobrze będzie na początek spróbować zaprzyjaźnić się ze sobą. Może po drodze znajdzie się i ktoś jeszcze. Bo teraz, no teraz to ja właśnie chcę rozmawiać, rychło w czas.

Naprawy wymaga mój stosunek do siebie. Zaczęłam już. Poczyniłam pewne kroki, aby to sobie ułatwić. Przeczytałam kilka książek, artykułów, rad. Zapisałam się na zajęcia mające mi ułatwić poczucie się dobrze ze sobą.

Pomyślałam, że o tym mam coś do powiedzenia.

1 komentarz:

  1. Zmieniamy się wolniej lub szybciej aby odkrywając ciągle nowe horyzonty (a przecież nawet cofanie się też jest jakims kierunkiem!)odczuwać, że jest coś jeszcze, coś dalej, coś więcej.

    Ale jakże smutne byłoby życie gdybyśmy zrozumieli WSZYSTKO...

    Już mój idol "Poldek" Staff pisał, że "większą mi radością podróż niż przybycie".

    Szukajmy zatem, modląc się by nie odnaleźć ;)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję!