Jeszcze tkwię w jesieni, a tu już zima nadciąga coraz
śmielej. Nie straciłam barw, wiele z nich jeszcze pozostało mi do zrzucenia. I
każdy upadek przydałoby się przemyśleć.
A tu już szron hibernuje mi uczucia, alienuje wewnątrz,
rysuje kontur. Odczula wspomnienia.
Choćbym chciała się rozmyć w burości – nie daje się.
Ginę w masie spraw do przemyśleń, do zrobień, do odłożeń.
Nieposkładana, rozdygotana na porannym przystanku pod murem nadal ceglanym, pod
badylami cmentarnych drzew i w cieniu zaciągniętego szczelnie chmurami nieba,
hoduje mi się po kieszeniach i w szalik wkręca - żal. Ten do siebie.
Lecz już się dalej nie dam odkładać przez rozmemłane ja. Bo
cóż z tego, że minął czas? Zawsze mija, odkąd pamiętam. Jest jak wprawiony
biegacz, spokojny, miarowy. Tak ma. Kondycja, że hej! Wciąż do przodu i do
przodu, więc nawet nie staram się z nim trenować. Nie dałabym rady z moją
skłonnością do nagłych zatrzymań, do blokad nieuzasadnionych, do przyrodniczych
zastygań i ludzkich zapatrzeń.
I choć nie dobiegam nigdzie na czas, idę przecież,
nieszczęśliwa od spóźnień, od niedomknień i wiecznych pospieszań. Idę i marzę,
że kiedyś jak mnie znowu szron osrebrzy to bez żalu poczekam do wiosny nawet,
aż mi się zmiana barw przemyśli i zagoją siniaki od oderwań. Choćbym miała zgnić
poza czasem w tych klejnotach doświadczeń, poczekam.
Oczekiwanie - takie piękne słowo na koniec roku. Na początek.
Jedyne w czym utkwiłam, to w zaległych zdjęciach jesiennych, kiedy u nas już od tygodnia pełnia zimy :P
OdpowiedzUsuń