O, tak sobie wymyśliłam: że mi się poplątało wszystko. Jechałam prosto nudne prawe, ale myślami byłam cokolwiek gdzie indziej. I się tak poprzeplatało. Samo.
Albo - wersja dla dociekliwych i żądnych większych dramatów - miał być dżersej. Ale w praniu tak się wygniotło trwale, zostało.
Bo prawda taka, że w każdy warkocz wplotłam całą rozpacz codziennych rozczarowań. Bez przerw. Moje serce już samo nie wie, gdzie się który warkocz zaczyna, gdzie kończy. Będę ogarniała całość wzrokiem na męskim swetrze, o ile będzie noszony.
Może czasem mnie przytuli ... ten sweter, tak sam z siebie najlepiej i niby nieoczekiwanie?



Komentarze
Prześlij komentarz
Dziękuję!