Żeby mi pietruszka zimą puściła z obciętej "dupki" natkę na wacie nasączonej wodą, to ja się nawet nie dziwię. Bo mi tak co wczesną wiosnę robi. Początkowo eksperymentalnie, a potem, niczym rzeżucha, w nawyk mi wlazła i nijak ją przegonić.
Ale żeby marchewka?
Niby roślina dwuletnia, zakwitnąć sobie ponoć może, choć żadna znajoma mi marchewka dotychczas raczej nie próbowała...
Otwieram lodówkę, a tam nie na zupę idzie, ale na wiosnę!
Do końca tygodnia mam w domu grzecznie siedzieć, polegiwać, dbać o siebie i łykać, wdychać, oczyszczać. Wszyscy mieliście rację, żeby nosa na mróz za wcześnie nie wychylać. Coś jeszcze zalega i dźwięki dziwne wydaję. No ale w obliczu puszczalskiej marchewki to już mnie przestaje dziwić. Może ciepła szuka?


Ileż to już razy puściła mi się jedna czy druga. Za długo ponoć leżała i czekała:)
OdpowiedzUsuńno to nie tylko puszczalska ta marchewka, ale i jaka wredna! będzie mi tu wypominać, że tak dawno do lodówki nie zaglądałam!
Usuń