wtorek, 9 lutego 2016

zaczytane bałwany

Takie popołudnia są w sam raz dla mnie. 
Cichy dom, bo wszyscy wyszli i tylko mnie przygarnęła kanapa w oczekiwaniu. Na stoliku ciepły kubek, ściszony dźwięk w telefonie przypadkiem przecież i stopy przykryte niebieskim kocem. Dokładnie tak, jak lubię.
Nie zapaliłam wszystkich świateł, zignorowałam potrzeby urządzeń elektrycznych w kuchni i łazience, a plecy coraz natarczywiej opadały na szydełkowe poduszki. Otuliło mnie kolorem, miękkością, błogością.
Było tak cicho, że przewracane kartki budziły niepokój i przez zasłonę ciszy prześwitywała  moja wyobraźnia pobudzona przez napisane słowa.
Świat przystanął na chwilę i nawet tańczące na zakładce bałwanki obserwowały godziny moich względnych bezruchów. Czytałam, notowałam, wzruszałam się i irytowałam. Nie miało znaczenia nic poza powieścią, nieważne zresztą jaką.
Moje ostatki.



3 komentarze:

  1. Tak lubi najbardziej. Tę ciszę, ten zapach kartek książki, notes i długopis gdzieś pod ręką... tak, zdecydowanie. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Takie chwile i ja przytulam:)
    Najbardziej lubię gdy nie ma nikogo, nikt mi nie przeszkadza, etc. Wtedy zaczytuję się i jest mi dobrze.

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję!