piątek, 3 stycznia 2014

"W naszym domu" Jodi Picoult

Im więcej powieści Jodi Picoult czytam, tym bardziej przekonuję się, że jej powieści nie kończą się z chwilą przerzucenia ostatniej kartki. Zostają we mnie, prowokują i wcale nie jest po nich łatwo przejść do następnej pozycji.

Akcja w powieści „W naszym domu” toczy się leniwie i niby też, jak to zwykle bywa w utworach tej autorki, prawie wszystko wiadomo już od początku. Kilkanaście stron i już wiemy kto jest kim i gdzie może być problem. Dzielna zdesperowana samotna matka, dwóch synów, w tym starszy ze specyficznymi zaburzeniami w zakresie kontaktów społecznych, z tzw. Zespołem Aspergera, o którym to schorzeniu wiele się można z książki dowiedzieć. Widzimy ich codzienność, trudności i radości, zwycięstwa i porażki. W sumie nic nie jest czarno-białe, nie ma stereotypów, łatek itd.
Potem następuje zdarzenie, od którego pytania narastają. Mierzą się z nimi nie tylko bohaterowie, ale i czytelnik. W sumie szybko się domyśliłam, w jakich okolicznościach zginęła prywatna instruktorka umiejętności społecznych Jacoba. I nie trzeba się było bardzo domyślać, dlaczego Jacob zachował się tak, a nie inaczej.

Tym, o czym nie przestaję myśleć już po przeczytaniu powieści to zasady, jakich uczymy naszych dzieci, jakie im wpajamy i z realizacji których staramy się je rozliczać. I zasady, jakie kierują mną. Nie wszystkie udało mi się zweryfikować w tak zwanym dorosłym życiu. A jednak wciąż pozostają we mnie i naprawdę nie wiem, jak bym się zachowała w sytuacji podbramkowej. A dzieci – nie ważne czy te rozwijające się stereotypowo w normie, czy te z jakimiś dysfunkcjami, potrafią rozumieć dosłownie lub nie rozumieć wcale, lecz zapamiętywać w całości. „Szanuj swojego brata – masz tylko jednego”, „Sprzątaj po sobie” albo „Nie mów nikomu, co się dzieje w rodzinie”, „Nie kłam”.

Jakie zasady rządzą w naszym domu? Do czego może doprowadzić nas przestrzeganie ich wszystkich na raz, zwłaszcza jeśli zrozumiemy je dosłownie?


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję!