środa, 8 stycznia 2014

"Czarownice z Salem Falls" Jodi Picoult

Śledziłam wątek powieściowy, połykałam słowa, zdania, kartki, no i proszę – dałam się wciągnąć i oszukać. Mi także się zdawało tak przez ponad połowę książki, że chodzi o to, czy Jack wygra w sądzie, czy przegra. Bo że Allie go kocha, to było niemal fizycznie czuć, że jego obrońca usłyszy w końcu upragnione „tak” od kobiety swojego życia, tego też można się domyśleć. Że narrator w drobiazgowości swojej wypełnia nam oczekiwanie na werdykt dykteryjkami a to o życiu rodziców głównego bohatera, a to o matce Gillian, wspomina sobie stare dzieje samego Jacka, to wiadomo – jak to narrator – ma prawo. A że inni kłamią, wiadomo, każdy ma swoje polowanie, swoje cele, rany i przynęty. I sam wyznacza swoje ofiary.

Ale wraz ze spadającymi kosmykami włosów Gillian, obcinanymi przez nią samą desperacko i byle jak, a zwłaszcza po usłyszeniu tych jej kilku słów, które wyszeptała sama do siebie i to tak, nie prawie narrator się nie zorientował, a – jestem prawie pewna – korekta niemal nie usunęła jako niepasujące do całości, czekałam już tylko, co prawda cokolwiek niecierpliwie, aż objawi mi się prawdziwy sens powieści.

Bo nie chodzi o Jacka, jego pech, czy tam urok osobisty tak chętnie wykorzystywany przez głupiutkie serca bijące w kilkunastoletnich ciałach, nie chodzi o godność osobistą, jej brak, błędy młodości, zdolność do przetrwania najgorszego i wstania, gdy co rusz nas ktoś/coś powala. Nie chodzi o błędy sądownicze, żadne tam wymiary sprawiedliwości, jej ślepotę czy ludzkie uprzedzenia, karę i zasadę trzech powrotów. Ani tym bardziej, że miłość wszystko przetrzyma. Zwłaszcza o to nie chodzi na pewno.

Nie mogę obronić swojej tezy, aby nie powiedzieć za dużo tym, którzy jeszcze nie czytali. Proszę, jak Jackowi, uwierzyć mi na słowo, że tak właśnie czytam tę pozycję. I nie brać zbyt dosłownie tego, co napiszę dalej.

Ta powieść nie ma happy endu i od sceny z włosami wiedziałam, że narrator chce mnie zagadać, powalić argumentacją sądowniczą, wciągnąć w wir nie tych wyjaśnień, które powinnam poznać. Główny temat powieści, sam trzon, to zaledwie dwie sceny i jedno zdanie. O mały włos można je przeoczyć. Tak jak Jacka o mały włos można było skazać. Jego niewinność trudno było udowodnić i każde zdanie, przekonanie, fakt dawało się podważyć. Wszystko wskazywało na jego winę. Jego nieudolną obronę przed wiedźmami uznano na atak na niewinne dziewczęta. Jako czytelnicy wspierani przez narratora bogatą argumentacją, chociaż jednocześnie dość ubogą wiedzą, czuliśmy tak zwane święte oburzenie.

I chętnie wskazalibyśmy Gillian jako odpowiedzialną za nowe rany Jacka, jako winną całego zamieszania, jako wstrętną chroniczną kłamczuchę, rozkapryszoną córeczkę bogatego tatusia, prawda? 
O mały włos nie myślałam tak samo. Gdyby nie to jedno zdanie pewnie też bym ją skazała. W końcu wszystkie dowody jej winy narrator podał mi na tacy. I o mały włos nie pomyliłam ataku z próbą obrony, a w zasadzie nie tyle ataku co cięcia w co się nawinie na ślepo. Nawinął się Jack. Na ślepo – czyli dokładnie tak, jak po ziemi chodzi sobie sprawiedliwość.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję!