piątek, 19 listopada 2010

o zszywkach i spinaczach

Ciało mi zwalnia, ogłusza bólem głowę i maluje cienie pod oczami smutnymi barwami. Mówią, że to zmęczenie, brak snu, nieregularne jedzenie i pośpiech, pogoda, ciśnienie, przed, po albo w trakcie... Widzę to inaczej.

Jestem zbiorem kart różnych. Co jakiś czas poprzedni zapis staje się mniej aktualny i codzienność zakłada mi nową. Pęcznieję od nadmiaru wizerunków z różnych okresów swojego życia. Połączone zszywkami doświadczeń nieregularne sprawozdania z dat sprzed ważniejszych przemian mojego tutaj dają się łatwo przeglądać w chwilach potrzeby.
Oto stoję w kolejce do peerelowskiego skupu butelek, aby zarobić kilka złotówek na rozwodnione lody z budki na rogu. Mogę zweryfikować haftowany na obrusie łowicki zapomniany wzór w ognisku pracy pozaszkolnej. Oglądam swoją samotność na przyklasztornej ławce, gdy kończył mi się biało-czarny świat fortepianowych klawiszy. Mój instrument ma odwrócone kolory - tych ciemnych powierzchni jest więcej.
Na kolejnej karcie mogę podążać w udających glany butach przez uśpione miasteczko, by zdać komisyjny egzamin z języka rosyjskiego. Outsider z konieczności, bez potrzeby wkupienia się w grupę, zasłuchany w brzmienia niepopularne, zamotany w działania niemodne, zaczytany w kompleksach swoich i świata, którego nie udało się zbawić także mojemu nastoletniemu pokoleniu.
I potem kart coraz więcej, przeróżnych: szarych i kolorowych, pomazanych i niestarannych albo przeciwnie - wykaligrafowanych kosztownymi atramentami pozytywnych emocji.
Ordynarne zszywki spajają całość w potężny niezrozumiały plik. I tylko od czasu do czasu gdzieś kilka kart jednoczy kolorowy spinacz, bardzo już poluzowany, przynależny zaledwie wybranym dniom.
To doświadczenia, jak metalowe zszywki, łączą mnie ze sobą i każą wspólnie rozpatrywać często sprzeczne karty. Przyjaciele są jak wsuwane spinacze. Łagodnie łączą karty, nie kaleczą. Nie zostają na dłużej.
Zdaje się, że to powiedział Tołstoj (albo Dostojewski - nie mam serca tego szukać teraz), że przyjaciele są po to, aby przypominać nam, kim jesteśmy, jak sami już zapomniemy. I nie pozwolić nam milczeć, gdy dojdziemy do wniosku, że gadać nie ma już po co.
Moje karty łączą zszywki. Jeśli były spinacze - nieliczne - poluzowały się i odpadły wraz z pojawieniem się kolejnej karty. Nigdy mi to nie przeszkadzało.

A teraz skóra mi szarzeje od nadmiaru kurzu z lat przeszłych. Muszę sama to wszystko przejrzeć i dotknąć każdej zszywki, miejsca po spinaczu. Zamienione w niewidzialne nitki wspomnienia wplotę w pruty po raz kolejny sweter. Męczę się nad wzorem, nad kolorami, nie mogę dobrać szczegółów. Nie mogę złożyć siebie w jedną całość. I nie ma mi kto przypomnieć.

4 komentarze:

  1. A może warto podnieść z podłogi , wyjąć z szuflady, otrzeć z kurzu i włożyc na dawne miejsce taki spinacz ??? Może nawet on na to czeka?
    Pozdrawiam Aniu:)))

    OdpowiedzUsuń
  2. Najważniejsze są te spinacze, które zostają, których czas nie wysunął. Pojedyńcze, ledwie zauważalne, ale są...
    Otulam:*

    OdpowiedzUsuń
  3. niestety, nowe ma zazwyczaj resztki podwalin starych...

    OdpowiedzUsuń
  4. Outsaider.
    Skąd ja to znam.
    Samotność.
    Też znam.
    Ale dziś już nie outsaider i nie samotny, o nie.
    Nie poszukałabyś nowych spinaczy?
    Takich, co się już nigdy nie wysuną...?
    Co przypomną i poukładać się pomogą?
    Warto...
    Są tacy, naprawdę są.
    Też przytulam...

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję!