Dzień jak dzień, chociaż niby koniec zbioru dni w tegorocznym kalendarzu. Czuję wyjątkowość tego piątku tylko dzięki pustym miejscom w tramwaju i metrze, przystankom opuszczonym i rozległym peronom. Przez moment rano zastanawiałam się, czy przypadkiem nie jestem tutaj za wcześnie.
Każdy dzień jest końcem czegoś. Ze statystycznego punktu widzenia - zdecydowana większość rzeczy i spraw posiadających początek, ma też swój koniec. Umowny lub rzeczywisty. A czasem oba.
Dzisiaj wypadnie zatem mój osobisty umowny koniec roku, bo przecież rozliczać będę go jeszcze przynajmniej z kwartał. A do bieżącej pracy potrzebne mi będą te zdarte kartki z kalendarza 2010. Pod ręką, a nie w archiwum.
Przypamniało mi się jeszcze, bo jakoś siedzenie w metrze prowokuje do myślenia, jak kiedyś czekałam na Nowy Rok. Czułam autentyczny entuzjazm, gdy już trzeba było pić nieulubionego szampana, a widok jakiegoś zegara nie pozostawiał złudzeń, że już jest jutro.
A teraz - przeciwnie. Od kilku lat nie czekam na Nowe Roki. Nic szczególnego nie ma w granicy dat. Wiem na pewno.
Codziennie chodzę spać po północy. Jak na to tak popatrzeć w kwestiach sufitowych - moje dni to same początki. Witam je każdego dnia o północy i nie żegnam wcześniejszym pójściem spać. Dzień wygasa mi sam gdzieś w linijkach netu lub między rzędami robionego swetra. Przekręcam kartkę książki lub zmieniam kanał telewizyjny i nawet nie czuję, że coś zmieniło się w coś kolejnego. Dni odchodzą bez pożegnania.
Dla odmiany - powinnam dzisiaj iść spać o dziesiątej.
Każdy dzień jest końcem czegoś. Ze statystycznego punktu widzenia - zdecydowana większość rzeczy i spraw posiadających początek, ma też swój koniec. Umowny lub rzeczywisty. A czasem oba.
Dzisiaj wypadnie zatem mój osobisty umowny koniec roku, bo przecież rozliczać będę go jeszcze przynajmniej z kwartał. A do bieżącej pracy potrzebne mi będą te zdarte kartki z kalendarza 2010. Pod ręką, a nie w archiwum.
Przypamniało mi się jeszcze, bo jakoś siedzenie w metrze prowokuje do myślenia, jak kiedyś czekałam na Nowy Rok. Czułam autentyczny entuzjazm, gdy już trzeba było pić nieulubionego szampana, a widok jakiegoś zegara nie pozostawiał złudzeń, że już jest jutro.
A teraz - przeciwnie. Od kilku lat nie czekam na Nowe Roki. Nic szczególnego nie ma w granicy dat. Wiem na pewno.
Codziennie chodzę spać po północy. Jak na to tak popatrzeć w kwestiach sufitowych - moje dni to same początki. Witam je każdego dnia o północy i nie żegnam wcześniejszym pójściem spać. Dzień wygasa mi sam gdzieś w linijkach netu lub między rzędami robionego swetra. Przekręcam kartkę książki lub zmieniam kanał telewizyjny i nawet nie czuję, że coś zmieniło się w coś kolejnego. Dni odchodzą bez pożegnania.
Dla odmiany - powinnam dzisiaj iść spać o dziesiątej.
Mam bardzo podobne przemyslenia w kwestii tej calej noworocznej nagonki:)
OdpowiedzUsuńNajlepszego nie tylko na Nowy Rok, ale na kazdy Nowy Dzien:))
Też codziennie chodzę spać po północy. Podoba mi się ten wpis. Bardzo.
OdpowiedzUsuńMoże czasem siedzimy obok siebie w metrze i rozmyślamy?:)
Dobrego 2010!
To prawda, że w granicy dat nie ma nic szczególnego.
OdpowiedzUsuńBardzo, ale to bardzo lubię fajerwerki - jak dziecko! Ale zawsze jak o północy w Nowy Rok na nie patrzę to myśli mi się tłoczą - czy aby wiwatujący wiedzą, JAKI rok witają?
Przynajmniej ci nieprzytomnie wiwatujący, z radością wielką - prawdziwą czy też nie, ale jednak?
Przecież rok to kwestia umowna, tak myślę.
Ot - żeby uporządkować czas.
Mnie ten nowy przyniesie zaraz, zaniedługo trwałą utratę kogoś bliskiego.
Człowiek przechodzi na drugą stronę życia i nie ma rady na to.
Zatem nie wiwatowałam, ale fajerwerki były piękne:)
Wszystkiego dobrego, Aniu!
A ja chodzę spać z kurami. No, nie dosłownie bo... spadam z grzędy. Jak się robi ciemno to ja zaraz senna, czyli zimą mogę spać długo a latem krótko. Rozpoczęcie nowego roku przespałam, a tak chciałam obejrzeć fajerwerki na głównym placu miasta z mojego pięterka. Ale co tam, mała strata - krótki żal :)
OdpowiedzUsuń