piątek, 30 lipca 2010

urlop

Dzisiaj ostatni dzień pracy. To znaczy nie tak w ogóle ostatni z najostatniejszych, ale zwyczajnie końcowy z tej tury dni przed urlopem. W tym roku - szaleństwo na maksa. Zaplanowałam pełne trzy tygodnie na raz, ciurkiem, dzień po dniu - od poniedziałku właśnie.
Wyjeżdżamy. Nad morze. Jak się z praniem wyrobię. Tasia wróciła z torbą czekających na wolne sznurki utytłanych koloniami ciuchów. Chyba do jutra nie dam rady. Chyba pojedziemy w poniedziałek z samego rana.
Przed urlopem to najlepszy stan. Naobiecywałam już sobie, czego to ja nie zrobię, ile się nie naczytam, wszystko pokończę, zaplanuję nowe, a jeszcze - a jakże! - odpocznę, odeśpię, nie tylko gęba będzie mi się śmiała, ale i serce nawet, co ja gadam - skarpetki także! Tyle dni beztroski, czy precyzyjniej - troski innej, np. czy doschną ręczniki, czy gofry lepsze z jagodami, czy z samą bitą śmietaną, czy iść na plażę rano, czy trochę później i w którym barze zjeść talerz pomidorowej.
I niech ten czas mija powoli. Niech się sekundnik dwa razy zastanowi zanim się na zegarku przestawi na kolejne pole.

1 komentarz:

  1. Aniu,

    to bardzo fajne, żyć wtedy myślą, co zjemy i kiedy wyjdziemy na plażę :) Wierz mi, po powrocie bywa ciężej, trudno się przestawić na inne tory, człowiek myśli tylko o morzu, falach, zachodach słońca....

    Ale co ja gadam, co ja gadam!! Odpoczywaj, plażuj, pogoda sprzyja!!!

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję!