wtorek, 29 czerwca 2010

pałac w różach

Ach, więc o to chodziło. O informację. A może o kolor? Drzewa zawsze tylko zielone - nuda. Do szarości miasta dopasować można ... właśnie - róż! Niech sobie krzyczy. Niech zasłania.
Nie wiedziałam, że jazz ma kolor różowy, że może mieć. Jakoś bardziej mi brąz pasował, taki głęboki, nasycony, jak kolor mojego pianina z dzieciństwa. Wesoły róż pochodzi z plastikowego świata, a ten z dzieciństwa był solidniejszy, wytworniejszy, z materiałów "na zawsze", a nie "na chwilę, a potem się zobaczy".
Po różu pewnie będzie inna barwa i inna tematyka. Nie jestem ciekawa jaka. Tak mi szkoda, że nie ma w tym wyczucia stylu, że jest po prostu reklama czegoś, a miasto nie ma szans obronić się swoim naturalnym wyglądem. Odkryty pałac mnie zachwycił, nawet te drzewa, choć od zawsze wrastające z śródmiejski trawnik, teraz stały się bardziej widoczne, zieleńsze, wyrazistrze. Na chwilę.
To nie jest moje miasto, a jednak tu mieszkam. To nie jest plastikowa dzielnica, a jednak zarzucamy ją kiczem. Szkoda mi czasem, że idąc historycznymi uliczkami, nie czuję Historii. Wtedy nawet zapach frytek i kurczaka z rożna byłby do wybaczenia, nawet stoiska z detalami. Wiadomo - turyści.

1 komentarz:

  1. Jeśli się myśli o różach to wszystko jest znośne. Nawet zapach frytek :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję!