wtorek, 30 sierpnia 2016

realizm






Tak się szwendam po okolicach i nieodparcie zachwycam, jak to świat jest piękny, gdy nie chodzę do pracy. Pewnie jest piękny nawet wtedy, gdy siedzę grzecznie w szczurzym ubranku przy monitorze i rękoma wyszorowanymi wieczorem z zapachów domowych obiadów wciskam te śmieszne klawisze z literkami. Od tego nie powstaje chleb, nie szyje się bluzka, nikomu nie staje się lepiej. Ot, robię coś, bo wymyślono, że trzeba to robić.
Kiedyś mnie to przerażało, teraz częściej - bawi.

Kasztanom niepotrzebne moje żakiety, a pantofle okazują się nieporadne w walce z łupinkami. Więc z dumą obnoszę swoje dresowe rybaczki w paski dwa i nieporządnie doprane tenisówki po miejscach moich odrębności od absurdów. Razem z dzieckiem zbieram pierwsze w tym roku kasztany, jeszcze małe, niedorostki takie. 
Naszą radością i krótkimi rękawami prowokujemy jesień do większych strąceń brązowych kulek, szelestów liści, ba - czapek nawet, bo przecież trzeba będzie w końcu jakoś realniej zaangażować się w rzeczywistość.



4 komentarze:

  1. Mmmmmm jesień :)
    Większość prac jest niepotrzebna, czy zgodzisz się ze mną? Potrzebna praca to taka, która pozwala przeżyć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie, dokładnie tak uważam.
      I wtedy paradoksalnie dochodzę do wniosku, że moja praca ... cóż, też pozwala mi przeżyć, mimo że oprócz tego chyba wiele więcej nie wnosi dobra do tego świata.

      Usuń
  2. Tego, co mi tu właśnie brakuje, to kasztanowców, piękne! Korzystaj z tego pięknego wolnego czasu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. też nie wyobrażam sobie jesieni bez tych drzew :)

      Usuń

Dziękuję!