poniedziałek, 8 października 2012

jesienna niecierpliwość

Z tego wszystkiego, przez ten czas co tak gna przed siebie bez opamiętania, zapomniałam dodać posta o kasztanach. Wtedy jeszcze były, z rzadka ich wymuskany kulisty brąz prześwietlał spod schnącego lata. I trawniki były zielone, a na pierwszych wspólnych kasztanach z wieczora byłam nawet w klapkach! Słońce zachodziło czerwono za wieżowcami, a pomarańczowe języki nieba kładły się nam pod stopy. I już nie wiadomo było, gdzie te kasztany. Czy ta rudość od nich, od liści czy jest pożegnaniem słońca?
Pamiętam, tamten post miał być o niecierpliwości. Każdy chodził na kasztany, niewielu je znajdowało. Zauważyłam jednak, że nie każdy przychodzi w te alejki dla samego przychodzenia, dla frajdy niespiesznego łażenia po liściach, dla uśmiechu, gdy choć raz uda się odnaleźć tę śliczną jesienną kulkę do przenoszenia potem w kieszeni, ustawiania w pracy przy monitorze, dodatkowego obciążania damskiej torebki.
Po co komu reklamówka kasztanów? Skąd ten pęd, by mieć? Posiadać ich tyle, ile się da, a może więcej nawet, w dodatku już, od razu, po pierwszym spacerze, jakby nie było przed nami kolejnych kasztanowych spacerów, następnych wypraw w szelest liści, przyszłych słonecznych pożegnań dnia, wypełnionych kieszeni w coraz cieplejszych bluzach.
To takie brutalne rzucać patykami w zielone jeszcze korony kasztanowców, burzyć spokój gałęzi póki co nierozkołysanych październikowym wiatrem. Wpadać jak intruz w dostojeństwo tej dojrzewalni, by choć kilka dodatkowych sztuk wyrwać z zielonych łupinek przed czasem. Ograbić z tego, co kto ma, choćby było bezużyteczne lub użyteczne jedynie na chwilę, do pierwszego kurzu, pomarszczenia skórki, zszarzenia brązu. Nikt nie mija z atencją kasztanowców, gdy nie ma nadziei na jesienną niespodziankę.
Myślałam wtedy, gdy kolejne patyki sąsiednich kasztanowych ekip strząsały kulisty brąz z odległej zieleni, że ten pośpiech, ta niecierpliwość, to znak naszych czasów. Wszystko trzeba wcześniej, szybciej i wszystkiego należy mieć więcej, choćby realnie nie trzeba było. Cierpliwość? Niedługo chyba trzeba będzie i dorosłym wyjaśniać, co to słowo znaczy, jeśli przypadkowo gdzieś je usłyszą.

A potem... cóż, potem sobie przypomniałam te drogi z przedszkola, innego - mojego, w moim rodzinnym mieście bez wieżowców; te niedzielne powroty z kościoła obsadzonego dookoła kasztanowcami. Przypomniałam sobie grube obwarzanki wełnianych rajstop na moich kostkach, tuż nad przemoczonymi od trawy butami, dziecięcą choć granatową kurtkę z wypchanymi kieszeniami, opadającą na oczy czapkę. I ... no cóż, czasy były inne, odległe już, ale moi rodzice, zupełnie jak ci współcześni, choć może nie byli popędzani dzwoniącymi pod drzewami komórkami, też się spieszyli, a co gorsza - też rzucali w niebo patykami.

1 komentarz:

  1. Poezja prozą. Mądra poezja.

    Bardzo mi się ten wpis podoba.

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję!