Blisko północ. Pędzę z salonu prosto po męża.
- Szybko, szybko! - biorę go z zaskoczenia. - Mam problem z kominkiem, chodź!
Więc biegnie, leci, na łeb na szyję po schodach, bo kominek rzecz upragniona świeżo nabyta, więc święta. I jeszcze w korytarzu:
- A co w ogóle się stało?
- Eee - macham lekceważąco ręką i zapalam światło. - Gnomy nam się zalęgły przy kominku, no i co zrobisz? Nic nie zrobisz.
Ale zrobił. Uśmiał się, ucieszył i przytulił. Mnie, nie gnomy.
Urocze skrzaciki Aniu.:)Żeby tak stresować męża... Hihihi
OdpowiedzUsuńSuper żart! Uśmiałam się! :D
OdpowiedzUsuńSuper :D
OdpowiedzUsuńCiepło, miło, przytulnie :)
OdpowiedzUsuńUrocze gnomy i świetne poczucie humoru. Dobrze, że Twój mąż też je ma, bo mogłoby być różnie.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam
Słodkie ❤
OdpowiedzUsuńBardzo pomysłowe te gnomy :)
OdpowiedzUsuńKochana, zdrowych, wesołych, rodzinnych świąt życzę. Niech Boża Dziecina błogosławi Tobie i Twoim najbliższym Aniu
OdpowiedzUsuńKrótko, zwięźle i na temat! I z humorem! Takie historie lubię!
OdpowiedzUsuńPoczucie humoru to podstawa! :D
OdpowiedzUsuńhahahaha szalona kobieto! Jak miło odkryć, że nie tylko ja ciągnę męża z takich właśnie powodów i mało o zawał nie przyprawiam :D
OdpowiedzUsuńhahahahaha