Najlepiej byłoby napisać, że to chwilowe, zimowe, niespodziewane nawet. Że normalnie to tryskam optymizmem, chęcią do wszystkiego i jestem pogodzona z całym światem, a tylko teraz coś we mnie się popsuło, zawiesiło systemy i aplikacje. Ale nie potrafię kłamać.
Oczywiście wykonałam to popularne dla mnie ćwiczenie - napisz sobie co cię wkurza/martwi/co ci się popsuło, a następnie - obok - jak temu zaradzić. Ta druga kolumna to rodzaj postanowień, z różnych okazji.
No i wyszło to samo co zawsze.
Konkluzja jest bolesna. Nie zrobiłam przez te wszystkie lata nic, by choć jeden punkt zniknął z listy. Zamiast tego dokładam sobie tych frustracji czy zmartwień.
Znowu siedzę i narzekam na siebie. Ileż to mogłabym zmienić, gdyby nie to czy tamto. Wymówki! Pamiętam, że na te same smutki płakałam w innych okolicznościach, a ich zmiana nic mi nie pomogła. Chciałam czegoś - teraz mam, myślałam o tamtym - mam, pragnęłam tego i tamtego, i udało się.
A ja siedzę i nadal nie wstaję, nie podejmuję działań, bo otula mnie koc "nic nie ma znaczenia". Kawę popijam z aromatem "szkoda zaczynać, bo i tak nie wyjdzie".
Żałosne.
Także to, że o tym tutaj piszę.
Znowu.
Żałosne.
Komentarze
Prześlij komentarz
Dziękuję!