Przejdź do głównej zawartości

poranne spacery dwa


O tak, uwielbiam wcześnie wstawać! Najlepiej tak rano, że jeszcze niebo śpi, a słońce nawet nie wie, że ma coś konkretnego do zrobienia. Np. 5:00, ciemno jak na dnie szuflady w szafie w piwnicy, a ja ochoczo wyplątuję się zarzuconych na mnie rąk i nóg, odganiam swojskość ciepłej kołdry i lekko zbiegam z sypialni boso wprost na lodowate kafelki kuchni. Chłód z rozszczelnionych okien rozpoczyna masaż ujędrniający wszystkich tych części mojego ciała, które magicznie potrafią wywołać na skórze zabawne kropkowate wypukłości. O tak, uśmiecham się do siebie w lustrze, błyskawicznie zakładam przygotowane wieczorem ciuchy, piję kawę, zjadam śniadanie czytając kilka słów, nanoszę ostatnie poprawki w kalendarzu, wkładam kanapki do torby i prawie jestem gotowa na pierwsze ekscytujące wydarzenie właśnie rozpoczynającego się dnia - poranny rześki spacer z psem.
O tak, początki dnia są ekstra. Uwielbiam wcześnie wstawać. Tyle że ... przychodzi mi to z trudem.

O 5:00 po omacku szukam wyjącego telefonu, zostawionego w nocy do ładowania przy którymś gniazdku. Zwykle zależy mi, aby pozostali się nie obudzili, zwłaszcza najmłodsza, bo wtedy wiadomo - poranny armagedon ma znacznie dotkliwszy zasięg. Dlatego nie tracę czasu na szukanie okularów, a mam -6, więc bywa zabawnie, ślepa po ciemku, zaplątana w pozostałości mężowskiej garderoby, bo jeszcze te kilkadziesiąt lat nie nauczyły mojego domowego chłopca, gdzie mamy kosz na rzeczy do prania.
Jeśli w porę odszukam telefon, udaje mi się włączyć drzemkę. Tak ze trzy razy. W przerwach udaje mi się zasnąć. Wyjec budzi mnie znowu skutecznie nieodmiennie zadziwioną, że to już trzeba wstawać. 
Zauważyłam taką prawidłowość - im więcej drzemek, tym szybciej schodzę do kuchni i tym bardziej mój poranny wewnętrzny monolog nie nadaje się do wypowiedzenia na głos, nawet w pustej kuchni, a fakt, że rano jest ona raczej zimna, wzmacnia tylko dosadność używanych przeze mnie określeń.
Cóż, poranki bez drzemek wydają się mieć więcej czasu do dyspozycji, ale w sumie na końcu okazuje się zwykle, że i tak nie udaje się z domu wyjść wcześniej.
Gdy przechodzę już do tego momentu, że wybieram się na spacer z psem, wydarzenie to rozpatruję w kategorii pierwszej katastrofy rozpoczynającego się dnia. Mam oczywiście zaledwie kilka minut do autobusu, a następny przyjedzie po 20 minutach. Ubrana w ciuchy do pracy usilnie odganiam zachwyconego perspektywą wysikania się na zmarzniętym trawniku psa, mocuję się z kłódką przy bramie, której nie potrafię nadal otworzyć tak, aby resztki tej brązowej mazi, co to ma mi zdaniem męża ułatwić życie, nie pomalowały mi finezyjnie co najmniej jednej dłoni. W pośpiechu zachwycam się wyłażącym zza zakrętu słońcem, zielskiem porastającym obrzeża drogi, na które to właśnie obrzeża każdy pies z okolicy robi kilka razy dziennie dokładnie to, co jest celem mojej porannej przyspieszonej marszruty. Wizja tego, że pewnie za kilka chwil jak nic ucieknie mi jedyny autobus skutecznie rozgrzewa mi myśli, pobudza do działania i wyznacza nowe trendy zachowań, które nieodmiennie obiecuję sobie wdrożyć od następnego ranka.
Wracam pospiesznie do domu, zostawiam psa i odciskam kilka buziaków na zaspanych nosach, czołach i policzkach, zależnie co udaje mi się aktualnie odnaleźć, po czym pędzę na pusty przystanek tak ze 2 minuty po czasie...
Wtedy czeka mnie drugi poranny spacer, dziesięć minut do innego przystanku, skąd odjeżdżają 4 autobusy z normalną poranną częstotliwością korporacyjnych warszawskich ważniaków. Na ramieniu torba, w torbie z 10 kilo najpotrzebniejszych akcesoriów udanego dnia, długa prosta przy zakorkowanej ulicy i towarzysze niedoli zadreptujący jak ja poranny niedoczas. Razem idziemy, razem marzniemy, razem ... rzucamy coś niewyszukanego, gdy mija nas ... spóźniony autobus.


Komentarze

  1. Znakomity tekst, zrobił mi dobry dzień. Tak to już jest że zmagamy się z codziennością, podoba mi się Twój dystans do tego.:) Serdeczności.:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Kocham wczesne ranki! Pamiętam kiedy pokochałam je pierwszy raz: to było na moich pierwszych w życiu, samotnych wczasach na Mazurach. Chodziłam wcześnie spać i budziłam się coraz wcześniej. Siadałam na pomoście nim słońce na dobre wyszło zza horyzontu i wtedy zaczynała się prawdziwa sztuka. Nawet nie umiem tego opisać... Płakałam na ten widok ze wzruszenia. Zachłysnęłam się pięknem natury.

    I od tamtej pory często chodzę na poranne spacery. Teraz tą godziną jest 7 rano, jak już mąż wyjdzie do pracy, ja wcześniej nie krzątam się, żeby mu nie przeszkadzać. I z takich spacerów wracam z najpiękniejszymi zdjęciami.

    "Drzemka" źle na mnie działa. Jak się obudzę – wstaję. Bo jak jeszcze przysnę, to następnie jestem tak zamulona, że do niczego się nie nadaję. I z każdą drzemką jest ze mną coraz gorzej... Mąż tak wstaje do pracy, dlatego trudno mi jest się ogarnąć z rana.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja jestem typem sowy, lubię późno chodzić spać i późno wstawać. Pamiętam, że jeszcze w liceum podczas wakacji potrafiłem spać do 11.00! Teraz nie wyobrażam sobie jak mogłem przesypiać swoją młodość..
    Teraz, gdy pracuję, a poza tym jestem ojcem, mogę tylko pomarzyć o przespaniu całej nocy. Jak śpię do 7.00, to jestem zadowolony. Jeszcze kilka lat temu 7 rano to była dla mnie noc ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie do końca jestem pewna czy jesteś rannym ptaszkiem mimo zachwytu nad wczesną porą dnia :D Ja jestem... potrafię jeszcze spać jak jest ciemno, ale kiedy pojawia się brzask dnia ja rzeczywiście wyskakuję z łóżka i tak naprawdę to całe ciało gna za biegającymi już nogami do łazienki itd. Nim głowa dobrze się obudzi jestem już w kuchni i nastawiam wodę na poranną herbatę i ląduję na tarasie zobaczyć jak wygląda świat... Jest cudnie :D
    Buziaki :D

    OdpowiedzUsuń
  5. Och, czyli widzę, że w sumie mamy się bardzo podobnie, przyjaźnie z porankami ale w niedoczasie :* trzymaj się kochana.

    OdpowiedzUsuń
  6. Wiesz co, powinnam sobie Twój tekst wydrukować i zawsze czytać kiedy dopadają mnie wątpliwości -czy o takim życiu marzyłam?
    Od trzech lat wstaję rano bez pośpiechu, w fotelu piję kawę patrząc na to co dzieje się za oknem. Zaczynam dzień powoli bez pośpiechu.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Dziękuję!