Moja choroba, kwiatoza zakaźna, wkroczyła w fazę ostrą.
Jakiś czas temu zapisałam się do grupy na fejsie, która stwarza miłośnikom fiołków afrykańskich i skrętników miejsce do wymiany swoich spostrzeżeń.
Wtedy zupełnie nie znałam skrętników, byłam z tej części fiołkowej. Niestety, nie wytrzymałam długo. Napatrzyłam się, naczytałam i postanowiłam spróbować. Kupiłam maleńkie (listek około 3 cm) sadzonki siewek skrętników od hodowcy z grupy. Miało być ich dziesięć, ale dostałam znacznie więcej. Sporo sobie zostawiłam, ale też rozdałam chętnym koleżankom i mamie. Teraz sieszymy się każdym kwitnieniem. Zawsze to niespodzianka, bo trudno przewidzieć kolor siewek.
Zobaczcie jaka radość na moim parapecie! A już kilka następnych szykuje swoje pączki... Nie mogę się doczekać. Marzę o jakimś czerwonym, ale póki co róże i fiolety.







O jej jakie śliczne, nie znałam :D
OdpowiedzUsuńHi, hi, hi kwiatoza zakaźna. Dobre. Ale kwiaty są piękne. Pozdrawiam serdecznie
OdpowiedzUsuńBardzo lubią moje oczy kwiaty w odcieniach fioletów i różu. Ale czerwone mają w sobie moc. Nie wiedziałabym, że te kwiaty to skrętniki, nie znam się na tym kompletnie. :)
OdpowiedzUsuńSkrętniki prześliczne, to naprawdę choroba ;)) mam koleżankę, która jest nimi całkowicie zaczarowana :)))
OdpowiedzUsuńPozdrawiam ciepło, Agness:)
piękny :)
OdpowiedzUsuńO rany, piękne!
OdpowiedzUsuń