Trochę się zamyśliłam.
Wiosna mi się przegapia, ziemia zjeżdża za horyzont chmur, liście przykrywają
niebo. Jestem w tym niby trochę, jak przez szybę, jakby mi się tęczówki
bardziej jeszcze rozmył i zeszkliły świat.
Każdego ranka mijam coraz gęściejsze
żywopłoty, cieniodajne kasztanowce, świeżo wyczesane wiatrem trawniki. I
rowerów miejskich na stojakach coraz mniej, gdy potrzebne. Do łask wróciły na
osiedlowych podwórkach włosy rozwiane, lekkie apaszki, niedosunięte pod brodę
kurtki i polary. Czasem lody na patykach, albo i łokieć goły, krótkie spodenki…
no proszę, już.
O tej porze roku zwykle
czytam. Bzdura – przecież zawsze czytam, ale wiosną jakby bardziej nałogowo,
szybciej, bo lżej, romansowo nawet. Emocje składają mi się ze słońcem, wichry z
namiętnościami i nawet w razie burzy mam porywy na niebie i w duszy,
jednocześnie.
Lecz w tym roku inaczej
mi się poukładał wiosenny czas. Czytam wieczorami, powoli, ostrożnie. Na
kanapie pod kocem lazurowym, z herbatą i małą lampą na podorędziu. Tylko gdy
dom śpi, tylko gdy mam siły litery składać, tylko gdy nie zamgliły mi się
szkiełka okularów.
Bo w tramwajach składam
dłonie w kieszenie. Rozpamiętuję na koralikach na nowo pewną historię, w jakimś
sensie – romans, a jakże! Trudny romans. I choć każdego dnia kończy się tak
samo od setek tysięcy lat, do każdej tajemnicy chcę przyłożyć datownik z moim wymagającym
Teraz.
Na balkonie - bratki. Że niby wiosna też u mnie, a co tam.
Na balkonie - bratki. Że niby wiosna też u mnie, a co tam.

Komentarze
Prześlij komentarz
Dziękuję!