Och, jesień, dobrze, że mnie dopadasz. W kilkusekundowych odcinkach przebudzeń w ciągu biurowych niedorzeczności i błahostek zwykłych wtorków, czy tam śród, piątków, z trudem uświadamiam sobie sens zarumienionych liści, zabłąkanych na polach mgieł pod lasem i tego jak mnie zmierzch odprowadza do domu z autobusu.
Po wyjściu z kontrolowanej kompozycji betonu, szkła i drewnopochodnego laminatu, dokąd podwieszone pod sufitem systemy industrialnych urządzeń tłoczą gaz ponoć w właściwej proporcji do utrzymania naszych wstydliwych fizjologii, pierwszy oddech na warszawskiej ulicy w samym centrum tego lokalnego wszechświata nieodmiennie smakuje nostalgią. Zabroniono nam otwierać okna, a naszą krnąbrność ukarano zabierając klamki.
Codziennie nie zdążam obejrzeć fioletowych liści krzewu z ogródka, ale przynajmniej przez cały most nie czytam. Z szacunku do cudu natury podnoszę głowę znad książki od jednego brzegu do drugiego i nie nazywając kolorów, bo nie ma właściwych określeń, po prostu patrzę: rzeka, drzewa, niebo...
Genialnie to opisałaś, jestem pod wrażeniem. Ty książki zacznij pisać! Zwykła codzienność, a sztukę z niej robisz literacką.
OdpowiedzUsuńJesteś świadoma i uważna... :*
OdpowiedzUsuńhymmm... nigdy nie patrzyłam w ten sposób na warszawskie ulice :D
OdpowiedzUsuńCiekawe spojrzenie :) pozdrawiam
Też zawsze uwielbiałam patrzeć na wodę na moście... O świcie podobało mi się najbardziej, kiedy do pracy jeździłam mostem Poniatowskiego.
OdpowiedzUsuńAleż pięknie to opisałaś...takie zwykłe, a u Ciebie niezwykłe <3
OdpowiedzUsuńPozdrawiam ciepło, Agness :)
Dobrze jest , jeśli umiemy, wszystko zostawić i tylko być w obrazie, zapachu, smaku....
OdpowiedzUsuń