Dobrze jest czasem się zatrzymać w pół kroku, choćby przy oknie, z firanką niedosłoniętą, nad pozostawionym na parapecie kurzem. Kilka minut, jeśli można nie biec dalej, jeśli dane jest wniknąć pod powierzchnię rzeczywistości. Darowany tydzień w domu za dnia, marudne kilka dni z termometrem, inhalacjami, drzemkami przerywanymi szlochem i nocą z wiecznie zapaloną lampką na parapecie. Nie, nie, wcale się nie skarżę. To życie, jestem już nauczona, żłobek, jesień, infekcje - norma. Nie zadaję niepotrzebnych pytań. Zwyczajnie - dziękuję. Że mam dla kogo być zmęczona i dla kogo wstawać w nocy. Że raczej uda się bez antybiotyku. Że raczej nie wyrzucą mnie z pracy za te kilka dni zwolnienia. Że mimo wszystko znalazłam kilka chwil dla siebie na przemyślenia.
Jest we mnie jeszcze kilka kolorów, niespodziewanych niekiedy. Nie jestem wiecznie zielona, ale już przeklęta życiowa mądrość podbarwiła mi radość fioletem, różowym niekiedy. Czy tak łatwiej znosić cierpienie to nie wiem, ale przynajmniej nie wygląda ponuro.
Hebe - jestem zakochana w tym niepozornym krzaczku. Posadziłam chucherko na wiosnę, w złym miejscu. W przyszłym roku zamierzam przesadzić gdzieś na widoku. Cudeńko.
Ostatnie kwiaty, wspomnienie lata, wieczorów podlewania. Szałwia i cynie, nieoczekiwanie nawet lwia paszcza. Moje odkrycia. W papierowych torebeczkach czekają już nasiona gotowe na kolejny sezon. Będzie ich więcej, w różnych miejscach. Może nie razem, no ale w tym roku nie wiedziałam.
Dumne cynie, ufne, okazałe, świadome siebie. Złamane znajdują sposób na odrodzenie. Kompletnie się nie poddają, nie więdną nawet. Prędzej uschną w wazonie niż zobaczysz ich zwieszoną koronę z mnóstwem nasionek. Całkowicie doskonałe.
Za mało w tym miejscu było słońca dla papryk. Zielone, wciąż zielone, a może one zielone są - nie mam pewności. Dostałam losowe sześć czy siedem sadzonek i mogły być żółte, czerwone lub zielone. Dla mnie fenomenalne, że w ogóle są, urosły, chciało się im mimo wszystkich możliwych moich błędów. I może nawet ich nie zjem - nieważne.
Moja magnolia zażółciła się. Takiej jej jeszcze nie widziałam. Była początkowo biało-różowa. Potem zielona, a teraz jesiennie rozjaśnia okna w salonie. Pożegnalna suknia.






Jesienne kolory kwiatów, liści, dają satysfakcję, są ratunkiem dla oczu :) miejcie się zdrowo :* niech infekcje umykają szybko.
OdpowiedzUsuńZe wzruszeniem i nostalgią przeczytałam Twoje zwierzenie o zmęczeniu, nocnym czuwaniu przy dziecku, byciu potrzebną i nie narzekaniu...Przypomniałam sobie moje czasy bycia młodą mamą. Tak samo zabiegane, podobne dzień po dniu i przemęczone, ale i najszczęśliwsze.
OdpowiedzUsuńA co do papryki, to ona tak juz ma, że długo jest zielona i nie zależy to chyba od tego, w jakim miejscu rośnie.U mnie rosła w niesamowicie słonecznym miejscu i musiałam zebrać zielone papryki, bo bałam sie przymrozków. Teraz dopiero leżąc w domu na parapecie czerwienieją...