Tam na zewnątrz szaleje wiosna, a może powinno się powiedzieć, że króluje, przechadza się w koronie. Nie jest mi do śmiechu. Wyszliśmy z jednej infekcji, a teraz miałam już wrócić do pracy. I niby wróciłam, ale pracuję z domu, a sama mam zapalenie zatok, no i oczywiście sezon pyleń w pełni. Nudy nie ma.
Zwykle byłam medyczną panikarą. Dziwne, teraz jestem spokojna w moim zaniepokojeniu. Jakoś nie rodzą się we mnie pytania eschatologiczne. Mimo to nad kilkoma sprawami się zastanawiam. Co mi to ma powiedzieć, że wskazane jest ograniczenie kontaktów? W moim przypadku akurat każdy zawsze sugerował coś przeciwnego. W ogóle nie jestem kontaktowa, w sensie tym bezpośrednim. Bardzo rzadko się spotykam, choć utrzymuję sporo kontaktów. Gdyby wirus rozprzestrzeniał się online, byłabym zarażona w pierwszych jego minutach panowania na ziemi. Niektóre konwersacje nie mają początków i nigdy się nie kończą, permanentny dyskurs bez powitań i sygnalizacji zmiany tematu. Ale w świecie rzeczywistym jestem nieporadna. Myślałam, że teraz nie mam czego ograniczać. Oczywiście pomyliłam pojęcia. Bardzo wielu ludzi współistnieje ze mną milcząco. Nie doceniałam ich.
Ciężko się pracuje z domu. Trzylatka nie rozumie, że muszę siedzieć przy komputerze z nosem w tabelkach lub zaczytana w wielostronicowy mały szary druczek. Niekiedy potrzebuję ciszy. Przedszkolne piosenki wytrącają mnie z trybu analizy. Świadomość braku obiadu mnie rozbija, złości nieracjonalne wykorzystanie czasu przez starsze dzieci. Dobija mnie świadomość, że mąż musi krążyć po mieście. Martwię się o zdrowie naszych rodziców i mojej krnąbrnej 94 letniej babci. Wkurzają mnie te posty o nudzie w ramach akcji "zostań w domu". Chciałabym się ponudzić, ale tymczasem mam tyle roboty, że nie nadążam ze swoimi frustracjami. Aż głupio przyznać, że łatwiej było wstawać o tej 5:30 i lecieć do roboty. Przynajmniej człowiek mógł w spokoju napić się porannej kawy z koleżankami z pracy.
Ciężko się pracuje z domu. Trzylatka nie rozumie, że muszę siedzieć przy komputerze z nosem w tabelkach lub zaczytana w wielostronicowy mały szary druczek. Niekiedy potrzebuję ciszy. Przedszkolne piosenki wytrącają mnie z trybu analizy. Świadomość braku obiadu mnie rozbija, złości nieracjonalne wykorzystanie czasu przez starsze dzieci. Dobija mnie świadomość, że mąż musi krążyć po mieście. Martwię się o zdrowie naszych rodziców i mojej krnąbrnej 94 letniej babci. Wkurzają mnie te posty o nudzie w ramach akcji "zostań w domu". Chciałabym się ponudzić, ale tymczasem mam tyle roboty, że nie nadążam ze swoimi frustracjami. Aż głupio przyznać, że łatwiej było wstawać o tej 5:30 i lecieć do roboty. Przynajmniej człowiek mógł w spokoju napić się porannej kawy z koleżankami z pracy.

Miejmy nadzieję, że to całe szaleństwo będzie trwało krócej niż dłużej i wszystko wkrótce wróci na normalne tory.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam serdecznie