To oczywiste, że mi odbiło. Cztery rodzaje pomidorków koktajlowych, truskawki i poziomki oraz gazanie, pelargonie, begonie i koleusy, wszystko w postaci nasionek z nadzieją złożonych w wilgotnym podłożu mieszka w moim pokoju na parapecie. Niektóre już wzeszły, mimo zapewnień na opakowaniach, że wschodów spodziewać się można za około 2-3 tygodnie. Później się zastanowię, co z tym wszystkim zrobię, ale jak znam życie - nie będę miała problemów, aby to rozdysponować.
Tak sobie umilam czas, jak mała zaśnie, co nie zdarza się często, z różnych względów. Ale ten tydzień był trudny, pod znakiem walki z wysoką temperaturą i w sumie w oczekiwaniu, co się wykluje. W poniedziałek wykluczyliśmy grypę (nie byłam świadoma, że są już na to testy) i stanęło na tym, że to po prostu rodzaj wrednej infekcji górnych dróg oddechowych. W czwartek lekarz stwierdził zapalenie oskrzeli, które już w zasadzie przechodzi na płuca. A dziś, w sobotę, na szczęście jestem pewna, że antybiotyk zadziałał, bo gorączka minęła. Kolejna kontrola we wtorek. Zastanawiam się tylko nad tym, jak wytłumaczę w pracy, że muszę zostać w domu kolejny tydzień. No i że wcale nie mam z tego radości, a moja absencja to nie wyraz cwaniactwa czy lenistwa.
Różne rzeczy wschodzą na wiosnę. Jak tak patrzę na mojego bloga, głównie zaniedbywanego, mnie ciągle wschodzi zielone i infekcyjne. Tym pierwszym się chwalę, to drugie jest dla mnie okazją do narzekania. Ale tylko to sadza mnie przy komputerze. Smutne.


Komentarze
Prześlij komentarz
Dziękuję!