Takie pierzaste jakby lekko coś, podobno leszczyna. Prowokuje wiosnę na całego. Bo zielonego jeszcze na świecie mało widać, ale powoli jakby jednak wyraźnie coś się zmienia.
Dziwne, że o tym piszę. Zwykle nie czekam na wiosnę. Tym razem też czas, co się niektórym wyraźnie kończy, nie jest sprzymierzeńcem moich dobrych nastrojów. Ten rok jakiś trudny się wydaje.
Miało być o leszczynie, o ile to leszczyna, bo pewności nie mam.
A to mokradła. Zwykle są zielone i tak zarośnięte, że z ulicy nie widać zwykle tego bagniska. A teraz - proszę - odkryte sobie.
Jeszcze ogródek, nie mój. Marzę o kawałku ziemi do narzekania na chwasty, o kawałku trawy do deptania, o kilku grządkach do obsiewania, o tarasie do jedzenia śniadań i przegapiania dzwonków do furtki, o huśtawce ogrodowej z szydełkową kapą z resztek włóczek.
Kiełkujące marzenia o zieleni.





Z ziemi wyrastające marzenia ;)
OdpowiedzUsuńNiech idzie ku wiośnie , może łatwiej będzie...
OdpowiedzUsuń