Wreszcie pada deszcz. Nawadniam się nim siedząc na balkonie.
Być może jestem jak roślina, spragniona chwil pielęgnacji z nieba. Siedzę pod zadaszeniem, mimo deszczu świerszcz (chyba) gra, a na stoliku zapaliłam tylko jedną latarenkę.
Chłonę każdą kroplę, nadążam za ich niespiesznością. Oddycham nimi jak mój ogródek, jak moje obawy i bóle.
Świat chyba już śpi. Pewnie ciśnienie spadło, może jutro trzeba wstać rano, a w telewizji i tak nic nie ma. W zasadzie nie wiem, dlaczego u żadnego sąsiada nie świeci się nic oprócz lampki nocnej.
Mija moja pora na czytanie, ale mi nie żal, choć książka wciągająca. Ale bardziej wciąga mnie deszcz. Liczy mi czas tą swoją miarowością, uspokaja monotonią, pociesza oczywistością. Szaleństwo życia pewnie jutro znowu ruszy z kopyta. Ale teraz - upaja się, nasyca w ciszy, gotowi.

Przepiękny tekst o deszczu, Anno...Też tak go odczuwam, ale Ty to cudownie ujęłaś w słowa. Pada teraz u mnie - uspokaja, pociesza, a coś w dali się gotowi, ale nie niepokoi uciszone monotonią deszczu...
OdpowiedzUsuńdziękuję, spokojny deszcz tak na mnie działa, kojąco jakoś
UsuńMieszkam w deszczowej krainie, więc tak nostalgicznie na mnie deszcz nie działa, chociaż lubię, bo wtedy mogę bezkarnie zajmować się sobą. Miej dobry czas :) uściski
OdpowiedzUsuńech, gdzie deszcze, tam mgły, a mgły - bajeczna sprawa :)
UsuńTeż lubię deszcz... Ten zapach powietrza obłędny...
OdpowiedzUsuń