I zrobiło się smutno. Dusza mi się zamgliła, przyklapła w kącie, chusteczek szuka po kieszeniach. Nic się nie stało. Wczoraj nie było z nią za dobrze, z rana też niespecjalnie, no ale nie zanosiło się na jakiś większy dramat. Po prostu ot, zwyczajne w czasie trwanie, lista rzeczy do zrobienia, zamknięty katalog, brak miejsca na niespodzianki, brak oczekiwania na cokolwiek z wyjątkiem spóźniającego się tramwaju. Nic się nie stało. Wpadła do pracy w ostatniej dostępnej wolności chwili jak uczeń tuż po dzwonku. Torba niedbale rzuciła się na szafkę, w szafie zawisła kurtka, tylko twarz zaspana spóźniła się z wyrazem profesjonalnej pewności siebie i taka zgaszona, szara, obolała poszła na poranną kawę. Nic się nie stało. Dzisiaj jeszcze bardziej niż zwykle nie cierpię telefonów. Słusznie, bo właśnie zadzwonił i teraz cierpię od niego. Na pewno źle zinterpretowałam kontekst, bo słowa przecież mieściły się w słowniku zwrotów konwencjonalnych i emocjonalnie obojętnych. Zwykły zabieg wymiany pr...
(sufitologia, spod oka, prosto w oczy)