piątek, 31 lipca 2020

słońca


Właśnie rozpoczynam urlop. Trzy tygodnie. Już dawno tyle wolnego na raz nie brałam. W tym roku ostatnio w lutym miałam dwa pojedyncze dni, które w zasadzie były poświęcone na lekarzy i inne załatwianki.


Bardzo dziwny jest ten rok, wymagający, inny. Urlop też będzie pewnie nieprzewidywalny. Ten środkowy tydzień mamy już zajęty, lecz na pozostałe dni w sumie plany są mgliste. I tak jest w sumie dobrze.

piątek, 24 lipca 2020

owoce


Poranki są cudowne! Jak w ogóle mogłam nie lubić wstawać rano? Jako nastolatka określiłam sobie, że jestem raczej sową niż skowronkiem i może rzeczywiście wtedy tak było. 
Dziś budzik miałam nastawiony na 5:15, ale obudziłam się zanim zaczął dzwonić. Wymarzony poranek na bieganie. Gdy wychodzę z domu w koszulce z krótkim rękawem wydaje się, że będzie mi chłodno. Ale po pierwszej minucie marszu zawsze robi się cieplej. 
Trasę mam taką, że biegnę w kierunku słońca, miejscami mnie trochę oślepia. Ale nie przeszkadza mi to. Promienie słońca na twarzy to niezłe pobudzenie. 
Myślę sobie, że powodów, aby biegać, może być wiele. Pewnie każdy jest dobry. Kiedyś biegałam tylko po to, aby podnieść sobie ocenę z wfu. Ten przedmiot jako jedyny zaniżał mi średnią, ale nauczyciel litował się nade mną i zamieniał mi tę marną trójczynę, zresztą też naciąganą, na 4 na świadectwie, jeśli 10 razy okrążyłam park w ciągu godziny lekcyjnej. Biegałam, żeby to się udało i udawało się. 
Kilka lat temu biegałam w nadziei na poprawę swojego wyglądu. W zeszłym roku chodziło mi o kondycję, bo było mi wstyd za każdym razem, gdy musiałam podbiec do autobusu.
Teraz biegam dla samego biegania. Dla tego słońca w twarz rano. Dla zmęczenia po biegu. Dlatego, żeby móc sobie powiedzieć: biegałam. I dzień zaczyna się wtedy pierwszym małym sukcesem, który podnosi mnie potem na duchu, cokolwiek by się nie działo. 

poniedziałek, 20 lipca 2020

popołudnia dla siebie


Wakacje jeszcze przede mną, ale jak zawsze prawdziwy odpoczynek to czas bez dzieci. W tym roku jest szczególnie, bo nie tracę czasu na dojazdy. Po prostu wyłączam komputer, wychodzę z pokoju przeznaczonego na biuro i już mam wolne.
Przedziwne uczucie. Mogę wszystko! I przeważnie tracę trochę czasu na zastanowienie, co teraz, co najpierw, a także na tęsknotę, bo na ten moment dnia ("już nie pracuję!") czekała szczególnie  moja trzylatka.
Nie robię nic takiego, a już na pewno nic, co sobie postanowiłam zrobić. Przeważnie po prostu w spokoju czytam, późnym wieczorem jeżdżę na rowerze. Kręcę się wśród moich kwiatów, przesiaduję na balkonach. I owszem, jestem trochę zdezorientowana, że mam tyle czasu dla siebie. 

sobota, 11 lipca 2020

w porannym deszczu

Rzeczywiście, deszcz nie przeszkadza w bieganiu. Nie to, że jakoś specjalnie chciałam sprawdzić, wcale nie. Wstałam o 5:30 jak co drugi dzień. Padało, nawet dość intensywnie. Postanowiłam poczekać i nastawiłam zaczyn drożdżowy na bułeczki z marmoladą. Pomyślałam, że chociaż tyle będzie z tej porannej godziny.
Wykonałam gimnastykę rehabilitacyjną, która jest tak nudna, że zwykle trudno mi się do niej zabrać. Potem zagniotłam ciasto i okazało się, że nie pada, a ja mam godzinkę do następnego etapu drożdżówek.
Wyszłam zatem.
Przed domem zakwitła pierwsza jeżówka, a trening zaczął się przyjemnie. Rześkie powietrze po deszczu, mokra nawierzchnia, ludzie w kurtkach dziwnie patrzyli na mój krótki rękawek, ale wcale nie było mi zimno. Moja słaba kondycja nawet w marszu rozgrzewa mi ciało i zaróżawia twarz, więc już po chwili biegu było mi gorąco jak zawsze.
No i zaczęło padać, na szczęście nieznacznie. Pomyślałam, że choćby nawet to bardzo nie zmoknę. Obecnie moje treningi biegowe trwają zwykle około 20 minut, a byłam tak mniej wiecej w jednej trzeciej.
Uwielbiam to uczucie po bieganiu. Piję kawę na balkonie po prysznicu. Czuję niemal wdzięczność swojego ciała, wypoczynek mięśni, regularny oddech, spokojne biecie serca. Krople delikatnie budzą magnolię, ogródek nasyca się wilgocią i każdy kolor świata wznosi się na wyżyny swojej intensywności.
Wczoraj dojrzał pierwszy pomidor. Jeszcze bym mu dała trochę czasu na krzaczku, ale małe rączki bardzo były niecierpliwe...

wtorek, 7 lipca 2020

taras pomidorowy

Nowy tydzień, nowa trasa. I troszkę dłuższy dystans. Ustaliła się też moja pora na bieganie. Wstaję 5:30, lekko marudzę w łazience i przed szóstą kończę już rozgrzewkę.
Dziś słońce nie spotkało mnie na drodze. Pochmurny poranek, ale nie padało. Powietrze nie przyklejało mi podkoszulka do ciała i było cudownie czym oddychać.
Gdy biegnę, zdaje się, że nie myślę o niczym. Ani o niezałatwionym jeszcze wyjeździe, ani o ślimakach w ogrodzie, o pracy i innych kłopotach. Raczej mój umysł biegnie ze mną, skacze luźno po napotkanych pięknościach świata, zachwyca się kwiatami przy domach, zapachami, wymyśla mijanym ludziom życiorysy.
Popołudniami lubię natomiast przesiadywać na pomidorowym tarasie. Wszystko jeszcze zielone, ale wkrótce wkradnie się tutaj trochę czerwieni i złota.

piątek, 3 lipca 2020

myśli z rana


Cudownie zmęczona, czerwona z wysiłku, przysiadłam na wschodnim balkonie z kawą. Czuję jak mi mięśnie wypoczywają, zadowolone, że znowu o nich pamiętam.
Słońce wygląda zza sąsiedzkich dachów, oświetla ślady nocnego deszczu.
Biegam tylko kilka minut rano. Dziś było super. Popsuł mi się zegarek, pewnie bateria do zmiany, nie mogłam przez to precyzyjnie odmierzać interwałów marszu i biegu. Ale może dzięki temu bieg niósł mnie dziś ścieżką wolności. Spodobało mi się.

Nie będę naprawiać zegarka, nic na siłę. Przez tych kilka zmian, które wprowadziłam ostatnio w codzienności, nic radykalnie przecież się nie zmieni. Czas na wewnętrzne układanki muszę kraść snu. Ale i tak czuję się szczęśliwsza, chcę się tak czuć, mimo obecności smutku, który dotrzymuje mi kroku w biegu, sny oplata niepokojem i wprowadza zamęt w myśli.