sobota, 29 sierpnia 2020

cały mój kosmos


Ach, sobota, leniwa sobota. Niby dużo do roboty, ale każdy w swoim tempie ogarnia  kawałek wszechświata. Póki co myślę o tym siedząc na ogrodowej huśtawce i bosymi stopami smyram sobie po trawie, lekko wilgotnej po deszczu.
Na śniadanie dostałam gofry z pudrem, a wcześniej kawę do łóżka. Czyż można lepiej zdefiniować poranne momenty szczęścia?
Mija lato i natura obiecuje najlepszą dla mnie porę roku. Upycha wszystkie kolory pod skórki owoców i warzyw, wydobywa ukryte barwy spod zieleni. Chociaż ciepło, przyjemnie się otulić szydełkową chustą, jeszcze dziurkowaną, letnią.
Dla mnie rok zaczyna się od września, czyli za moment. Zawsze wtedy mam ochotę ulepszać sobie życie, wyznaczać nowe cele, choć im jestem starsza tym bardziej staram się przed tym powstrzymywać. Będzie co będzie. 
Ale po staremu siedzę, huśtawka mi skrzypi, ból głowy przechodzi po tabletce, a w myślach klaruje się sam z siebie ogólny plan na jesień. 

piątek, 31 lipca 2020

słońca


Właśnie rozpoczynam urlop. Trzy tygodnie. Już dawno tyle wolnego na raz nie brałam. W tym roku ostatnio w lutym miałam dwa pojedyncze dni, które w zasadzie były poświęcone na lekarzy i inne załatwianki.


Bardzo dziwny jest ten rok, wymagający, inny. Urlop też będzie pewnie nieprzewidywalny. Ten środkowy tydzień mamy już zajęty, lecz na pozostałe dni w sumie plany są mgliste. I tak jest w sumie dobrze.

piątek, 24 lipca 2020

owoce


Poranki są cudowne! Jak w ogóle mogłam nie lubić wstawać rano? Jako nastolatka określiłam sobie, że jestem raczej sową niż skowronkiem i może rzeczywiście wtedy tak było. 
Dziś budzik miałam nastawiony na 5:15, ale obudziłam się zanim zaczął dzwonić. Wymarzony poranek na bieganie. Gdy wychodzę z domu w koszulce z krótkim rękawem wydaje się, że będzie mi chłodno. Ale po pierwszej minucie marszu zawsze robi się cieplej. 
Trasę mam taką, że biegnę w kierunku słońca, miejscami mnie trochę oślepia. Ale nie przeszkadza mi to. Promienie słońca na twarzy to niezłe pobudzenie. 
Myślę sobie, że powodów, aby biegać, może być wiele. Pewnie każdy jest dobry. Kiedyś biegałam tylko po to, aby podnieść sobie ocenę z wfu. Ten przedmiot jako jedyny zaniżał mi średnią, ale nauczyciel litował się nade mną i zamieniał mi tę marną trójczynę, zresztą też naciąganą, na 4 na świadectwie, jeśli 10 razy okrążyłam park w ciągu godziny lekcyjnej. Biegałam, żeby to się udało i udawało się. 
Kilka lat temu biegałam w nadziei na poprawę swojego wyglądu. W zeszłym roku chodziło mi o kondycję, bo było mi wstyd za każdym razem, gdy musiałam podbiec do autobusu.
Teraz biegam dla samego biegania. Dla tego słońca w twarz rano. Dla zmęczenia po biegu. Dlatego, żeby móc sobie powiedzieć: biegałam. I dzień zaczyna się wtedy pierwszym małym sukcesem, który podnosi mnie potem na duchu, cokolwiek by się nie działo. 

poniedziałek, 20 lipca 2020

popołudnia dla siebie


Wakacje jeszcze przede mną, ale jak zawsze prawdziwy odpoczynek to czas bez dzieci. W tym roku jest szczególnie, bo nie tracę czasu na dojazdy. Po prostu wyłączam komputer, wychodzę z pokoju przeznaczonego na biuro i już mam wolne.
Przedziwne uczucie. Mogę wszystko! I przeważnie tracę trochę czasu na zastanowienie, co teraz, co najpierw, a także na tęsknotę, bo na ten moment dnia ("już nie pracuję!") czekała szczególnie  moja trzylatka.
Nie robię nic takiego, a już na pewno nic, co sobie postanowiłam zrobić. Przeważnie po prostu w spokoju czytam, późnym wieczorem jeżdżę na rowerze. Kręcę się wśród moich kwiatów, przesiaduję na balkonach. I owszem, jestem trochę zdezorientowana, że mam tyle czasu dla siebie. 

sobota, 11 lipca 2020

w porannym deszczu

Rzeczywiście, deszcz nie przeszkadza w bieganiu. Nie to, że jakoś specjalnie chciałam sprawdzić, wcale nie. Wstałam o 5:30 jak co drugi dzień. Padało, nawet dość intensywnie. Postanowiłam poczekać i nastawiłam zaczyn drożdżowy na bułeczki z marmoladą. Pomyślałam, że chociaż tyle będzie z tej porannej godziny.
Wykonałam gimnastykę rehabilitacyjną, która jest tak nudna, że zwykle trudno mi się do niej zabrać. Potem zagniotłam ciasto i okazało się, że nie pada, a ja mam godzinkę do następnego etapu drożdżówek.
Wyszłam zatem.
Przed domem zakwitła pierwsza jeżówka, a trening zaczął się przyjemnie. Rześkie powietrze po deszczu, mokra nawierzchnia, ludzie w kurtkach dziwnie patrzyli na mój krótki rękawek, ale wcale nie było mi zimno. Moja słaba kondycja nawet w marszu rozgrzewa mi ciało i zaróżawia twarz, więc już po chwili biegu było mi gorąco jak zawsze.
No i zaczęło padać, na szczęście nieznacznie. Pomyślałam, że choćby nawet to bardzo nie zmoknę. Obecnie moje treningi biegowe trwają zwykle około 20 minut, a byłam tak mniej wiecej w jednej trzeciej.
Uwielbiam to uczucie po bieganiu. Piję kawę na balkonie po prysznicu. Czuję niemal wdzięczność swojego ciała, wypoczynek mięśni, regularny oddech, spokojne biecie serca. Krople delikatnie budzą magnolię, ogródek nasyca się wilgocią i każdy kolor świata wznosi się na wyżyny swojej intensywności.
Wczoraj dojrzał pierwszy pomidor. Jeszcze bym mu dała trochę czasu na krzaczku, ale małe rączki bardzo były niecierpliwe...

wtorek, 7 lipca 2020

taras pomidorowy

Nowy tydzień, nowa trasa. I troszkę dłuższy dystans. Ustaliła się też moja pora na bieganie. Wstaję 5:30, lekko marudzę w łazience i przed szóstą kończę już rozgrzewkę.
Dziś słońce nie spotkało mnie na drodze. Pochmurny poranek, ale nie padało. Powietrze nie przyklejało mi podkoszulka do ciała i było cudownie czym oddychać.
Gdy biegnę, zdaje się, że nie myślę o niczym. Ani o niezałatwionym jeszcze wyjeździe, ani o ślimakach w ogrodzie, o pracy i innych kłopotach. Raczej mój umysł biegnie ze mną, skacze luźno po napotkanych pięknościach świata, zachwyca się kwiatami przy domach, zapachami, wymyśla mijanym ludziom życiorysy.
Popołudniami lubię natomiast przesiadywać na pomidorowym tarasie. Wszystko jeszcze zielone, ale wkrótce wkradnie się tutaj trochę czerwieni i złota.

piątek, 3 lipca 2020

myśli z rana


Cudownie zmęczona, czerwona z wysiłku, przysiadłam na wschodnim balkonie z kawą. Czuję jak mi mięśnie wypoczywają, zadowolone, że znowu o nich pamiętam.
Słońce wygląda zza sąsiedzkich dachów, oświetla ślady nocnego deszczu.
Biegam tylko kilka minut rano. Dziś było super. Popsuł mi się zegarek, pewnie bateria do zmiany, nie mogłam przez to precyzyjnie odmierzać interwałów marszu i biegu. Ale może dzięki temu bieg niósł mnie dziś ścieżką wolności. Spodobało mi się.

Nie będę naprawiać zegarka, nic na siłę. Przez tych kilka zmian, które wprowadziłam ostatnio w codzienności, nic radykalnie przecież się nie zmieni. Czas na wewnętrzne układanki muszę kraść snu. Ale i tak czuję się szczęśliwsza, chcę się tak czuć, mimo obecności smutku, który dotrzymuje mi kroku w biegu, sny oplata niepokojem i wprowadza zamęt w myśli.

niedziela, 19 kwietnia 2020

Dziurawy świat



W moim zamkniętym domu odnalazło mnie nowe hobby. Tłumaczyłam, ale widać słabo, że mam mnóstwo zajęć, że nawet na stare hobby nie bardzo mam czas, że pomidory rosną i bardziej muszę zająć się ogródkiem. Niestety. Jak już coś mi do głowy wejdzie, w słońcu na tarasie na kolanach usiądzie, to nie ma zmiłuj.

Moje nowe hobby to szydełkowe chusty. Do tej pory robiłam je na drutach, ale rzeczywiście jest w szydełku urzekajaca prostota. I tyle wzorów, które chcę wypróbować! Więc oglądam świat przez kolejne dziury w bawełniano akrylowym otulaczu, w kolorach kwiatów z ogródka, wymieszane z uczuciami, które mi się wplatają wzorem w robótkę. I jedna chusta jest od smutków, inna od słonecznych poranków, a w trzeciej szukam nadziei. 




piątek, 3 kwietnia 2020

normalność



Cały weekend piekłam chleb, w sumie cztery bochenki. To moje pierwsze chlebowe wyczyny i muszę przyznać, że bardzo udane. A ileż mi to zadanie sprawiło radości! Cudowne uczucie.
Powoli wszyscy oswajamy się w nowej rzeczywistości. I jak w każdej - czasem jest trudniej, a niekiedy zdarzają się krótkie i niespodziewane momenty niezrozumiałego szczęścia. Jak pachnący chleb na kuchennym stole, jak słońce za dopiero co umytym oknem, kawa na tarasie w ulubionej filiżance.
Kręci mnie moja większa normalność tych niecodziennych dni.


piątek, 20 marca 2020

byle do weekendu


Zabawne, czekam na weekend. Zwykle chodziło po prostu o siedzenie w domu. Tymczasem pozostaję w domu już trzeci tydzień, w tym pierwszy pracując zdalnie. Ostatnie cztery dni były dla mnie trudne, a i dzisiejszy pewnie nie będzie lepszy. Wieczorami jestem tak wykończona, że nawet na czytanie nie mam siły. Nigdy mi się nie zdarzało nie być w stanie doczytać rozdziału, a teraz - nagminnie. Wszystko chyba przez to, że dzień pracy w domu przeciąga się do późnych godzin wieczornych. Staram się być uczciwa w rozliczeniach czasu, więc przerwy konieczne na sporządzanie śniadań, przytulań, tańczeń i sprawdzanie zadań, odpracowuję wieczorami.
Marzę o odrobinie odpoczynku, o ogródku. Mam kilka kwiatków do przesadzenia w domu. Liczę na słońce na balkonie w najbliższym czasie, gdzie chociaż z rana mogłabym przysiąść na chwilę z poranną kawą, jak dawniej. Do weekendowego wypoczynku chętnie dorzuciłabym zatem porządki, aby balkon był gotowy. I okna... strach pomyśleć. Oraz pewnie zakupy na kolejny tydzień, bo zwykle działamy w systemie dużych zakupów w soboty. Chociaż pewnie tym razem wyjątkowo sobie odpuścimy.


Bawi mnie ten orzech na zdjęciu. To zaledwie metr kwadratowy ogródka przed domem. Wygrabiłam go wielokrotnie jesienią. Orzech zresztą rośnie u sąsiadów za domem, za bardzo wysokim domem. Oczywiście nie ten sam, ale znajduję go tutaj co jakiś czas...

wtorek, 17 marca 2020

frustracje


Tam na zewnątrz szaleje wiosna, a może powinno się powiedzieć, że króluje, przechadza się w koronie. Nie jest mi do śmiechu. Wyszliśmy z jednej infekcji, a teraz miałam już wrócić do pracy. I niby wróciłam, ale pracuję z domu, a sama mam zapalenie zatok, no i oczywiście sezon pyleń w pełni. Nudy nie ma.
Zwykle byłam medyczną panikarą. Dziwne, teraz jestem spokojna w moim zaniepokojeniu. Jakoś nie rodzą się we mnie pytania eschatologiczne. Mimo to nad kilkoma sprawami się zastanawiam. Co mi to ma powiedzieć, że wskazane jest ograniczenie kontaktów? W moim przypadku akurat każdy zawsze sugerował coś przeciwnego. W ogóle nie jestem kontaktowa, w sensie tym bezpośrednim. Bardzo rzadko się spotykam, choć utrzymuję sporo kontaktów. Gdyby wirus rozprzestrzeniał się online, byłabym zarażona w pierwszych jego minutach panowania na ziemi. Niektóre konwersacje nie mają początków i nigdy się nie kończą, permanentny dyskurs bez powitań i sygnalizacji zmiany tematu. Ale w świecie rzeczywistym jestem nieporadna. Myślałam, że teraz nie mam czego ograniczać. Oczywiście pomyliłam pojęcia. Bardzo wielu ludzi współistnieje ze mną milcząco. Nie doceniałam ich.
Ciężko się pracuje z domu. Trzylatka nie rozumie, że muszę siedzieć przy komputerze z nosem w tabelkach lub zaczytana w wielostronicowy mały szary druczek. Niekiedy potrzebuję ciszy. Przedszkolne piosenki wytrącają mnie z trybu analizy. Świadomość braku obiadu mnie rozbija, złości nieracjonalne wykorzystanie czasu przez starsze dzieci. Dobija mnie świadomość, że mąż musi krążyć po mieście. Martwię się o zdrowie naszych rodziców i mojej krnąbrnej 94 letniej babci. Wkurzają mnie te posty o nudzie w ramach akcji "zostań w domu". Chciałabym się ponudzić, ale tymczasem mam tyle roboty, że nie nadążam ze swoimi frustracjami. Aż głupio przyznać, że łatwiej było wstawać o tej 5:30 i lecieć do roboty. Przynajmniej człowiek mógł w spokoju napić się porannej kawy z koleżankami z pracy.




poniedziałek, 9 marca 2020

przesilenie wiosenne


Skrada się wiosna do domu, z ogródka mi włazi oknami. Słońce coraz dłużej po wschodniej stronie domu i coraz więcej po zachodniej. W moim pokoju, dla którego nie mam jeszcze nazwy, na parapecie kiełkują nasiona, a na półce do spraw pilnych i systematycznych ukorzeniają się pelargonie.
Czas na chwilę przystanął, na godzinkę pewnie. Mała śpi. Zawsze wtedy nie wiem za co najpierw się zabrać. Paradoks taki. Niby zdarza mi się marudzić, że gdybym tylko mogła to bym zrobiła to czy tamto, albo skończyła, albo zaczęła, no i jak wiele bym chciała, a jeszcze więcej muszę, a jak mam na to czas - przysiadam: na fotelu wśród książek, na kanapie z widokiem na zamknięte pączki magnolii, przy oknie w kuchni zapatrzona w przyszłość. I nie skreślam z listy kolejnych wykonanych pozycji.
Kiedyś uważałam, że to nieoczekiwane i krótkotrwałe problemy z realizacją swoich zamierzeń. Dawniej nie miałam problemu z konsekwencją, stąd sądziłam, że mi to minie. Ale w pewnym momencie przymiotniki zniknęły ze zdania o realizacji. 
Obecnie skłonna jestem przypuszczać, że wdarło się do mojego życia jakieś permanentne zmęczenie. I bynajmniej nie chodzi o tzw. życie, codzienne obowiązki czy dodatkowe problemy. To zmęczenie sobą. Trudno to wytłumaczyć, nie wiem jak. Może to jakaś forma rozczarowania. Kiedyś starałam się za wszelką cenę być bardziej, więcej wiedzieć, rozumieć, otwierać się, choć w zasadzie nie znam bardziej zamkniętej dziewczyny niż ja kiedyś byłam. Potem odpuściłam. A teraz łapię się na tym, że właśnie to mnie zmieniło, to zaprzestanie. Jestem całkowicie inna, niż kiedyś chciałam być, w zupełnie innym miejscu. Nie realizuję tego, co kiedyś chciałam, lecz co gorsza jeszcze to we mnie tkwi, teraz trochę jak zadra. Ale też nigdy nie byłam bardziej otwarta niż obecnie, właśnie taka niekonsekwentna, niezorganizowana niekiedy, niezdecydowana życiowo, z porzuconymi projektami w szafie, w połowie jednocześnie kilku książek i coraz to nowych pasji. Zupełnie jakby blokowała mnie własna zasadniczość.

sobota, 7 marca 2020

rośnie


To oczywiste, że mi odbiło. Cztery rodzaje pomidorków koktajlowych, truskawki i poziomki oraz gazanie, pelargonie, begonie i koleusy, wszystko w postaci nasionek z nadzieją złożonych w wilgotnym podłożu mieszka w moim pokoju na parapecie. Niektóre już wzeszły, mimo zapewnień na opakowaniach, że wschodów spodziewać się można za około 2-3 tygodnie. Później się zastanowię, co z tym wszystkim zrobię, ale jak znam życie - nie będę miała problemów, aby to rozdysponować.
Tak sobie umilam czas, jak mała zaśnie, co nie zdarza się często, z różnych względów. Ale ten tydzień był trudny, pod znakiem walki z wysoką temperaturą i w sumie w oczekiwaniu, co się wykluje. W poniedziałek wykluczyliśmy grypę (nie byłam świadoma, że są już na to testy) i stanęło na tym, że to po prostu rodzaj wrednej infekcji górnych dróg oddechowych. W czwartek lekarz stwierdził zapalenie oskrzeli, które już w zasadzie przechodzi na płuca. A dziś, w sobotę, na szczęście jestem pewna, że antybiotyk zadziałał, bo gorączka minęła. Kolejna kontrola we wtorek. Zastanawiam się tylko nad tym, jak wytłumaczę w pracy, że muszę zostać w domu kolejny tydzień. No i że wcale nie mam z tego radości, a moja absencja to nie wyraz cwaniactwa czy lenistwa.
Różne rzeczy wschodzą na wiosnę. Jak tak patrzę na mojego bloga, głównie zaniedbywanego, mnie ciągle wschodzi zielone i infekcyjne. Tym pierwszym się chwalę, to drugie jest dla mnie okazją do narzekania. Ale tylko to sadza mnie przy komputerze. Smutne.


piątek, 7 lutego 2020

choroba


Dostałam zwolnienie 4 dni na córkę, bo przeziębiona. Zostawić w domu, w cieple przetrzymać, niech wypoczywa i dużo pije takich napojów, jak lubi. No wiem, wiem, to mówił pediatra i zalecenia dla trzylatki, ale szczerze - wzięłam jak do siebie.

Mój "dorosły" świat zdziwniał. Przestało się liczyć doświadczenie, spokój, zdrowy osąd. Jest arogancja, dziki pęd i to, jak skutecznie słownie zmiażdżyć publicznie czyjeś mniej mocne strony. Łzy na damskich dojrzałych policzkach wywołują satysfakcję karierowiczów, że oto się udało udowodnić swoje chore tezy.
Dobrze, że mnie przy tym nie było. Akurat pomagałam zasmarkanej trzylatce przyklejać w zeszycie przygód Okruszka naklejki do wspólnej opowieści. Cudowne, że można czytać razem, ja - literki, ona - obrazki.
Nie mogę uwierzyć, że już piątek, że szybko minęło i będę musiała w poniedziałek dobrowolnie wpaść w korporacyjne tryby, wdziać żakiet jak pancerz od obelg, przypudrować twarz przed nieszczerością i koniecznie umalować oczy niewodoodpornym tuszem. Zwykle to skutecznie powstrzymuje mnie od płaczu.


poniedziałek, 27 stycznia 2020

styczeń



Hura, siedzę w domu! Cały dzień urlopu! Ok, może nie cały, bo w sumie wzięłam dzień wolny nie na posiedzenie w domu, ale po to, by coś załatwić, no i zasadniczo nie siedzę, bo od samego świtu kręcę się to tu to tam, a robota i tak mnie znajduje. Ale właśnie usiadłam na chwilkę na kawkę. Potem jeszcze kilka spraw ogarnąć, no i w miasto załatwiać resztę.
Ależ mi dobrze! Prania, obiad i inne takie - mogę być w domu zaganiana! To i tak wymarzona "nuda" w porównaniu z pracą tak zwaną zawodową. Mogłabym tak pracować w domu, mogłabym nie silić się na "karierę", zdecydowanie wystarcza mi bycie żoną i matką. Zwykle po około 3 dniach takiego pobytu w domu jakoś mi przechodzi, ale dziś o tym nie pamiętam. Teraz radykalnie - kura domowa to moje przeznaczenie. Polubię nawet prasowanie - serio!

Przebiśniegi w ogródku od frontu wyglądają tak od początku stycznia. No i zapomniany hiacynt, którego przeoczyłam widocznie, gdy późną jesienią robiłam ogrodowe przeprowadzki. 
Już nie mogę się doczekać wiosennego zamieszania. Powstrzymuję się jeszcze od kupowania nasion, od pobierania szczepek pelargonii do ukorzeniania, od przesadzania domowych roślin. Jeszcze chwila. Jeszcze w salonie stoi choinka i przypomina, że w tym roku świąt jakby nie było.

niedziela, 12 stycznia 2020

znowu początek




Dla mnie tak rozpoczął się Nowy Rok - wschodem słońca za przystankiem, a raczej niebem w nieoczekiwanych kolorach, krwawych. Ten jasny punkt między drzewami to wcale nie słońce, po prostu silne światło na kominie elektrociepłowni. Czasem lepiej nie wiedzieć. Pusta ulica drugiego stycznia, nieprzyjemny poranek nieprzyjemnego roku, a tu proszę - mimo wszystko namiastka w zasadzie jakiegoś piękna. Albo przestroga, zależy jak spojrzeć.

Powinnam tyle zmienić w swoim życiu. Nie rozumiem, czemu tego nie robię. Dlaczego kończy się na zauważeniu problemu, opisaniu go mniej lub bardziej właściwie, ale nie idzie za tym nic ponad wytrzymałość, asekuranctwo, zmęczenie? Dlaczego uznaję coś dla świętego spokoju? Czemu to spokój jest święty, a nie zamieszanie, które zawsze towarzyszy zmianie? A nade wszystko - czemu we mnie tak mało skłonności do podejmowania ryzyka?

Wytłumaczę sobie każdą krzywdę, każdą niesprawiedliwość biorę na siebie. Krytyka owszem, budzi we mnie bunt, ale dopiero wtórnie. Najpierw burzy we mnie z trudem budowane latami poczucie wartości. Gdy przychodzi do chłodnego osądu, nie mam już w sobie czego bronić. Już wtedy nie wiem, co wiem, kim jestem, tracę wieloletnie doświadczenie i zdrowy rozsądek. Nie ufam sobie i kłamcom - emocjom.

Jestem tylko ja, mała samotna dziewczynka na pustej ulicy, w obliczu kolejnego początku kryzysu, który świat mylnie bierze za słońce.