Siedzę w domu. Prawie od rana. Dzień zaczął się 2:49. Małe stópki i ciągnąca się po podłodze pielucha-przytulanka przyprowadziły Mewę na poranne powitanie. Skoro już bezwględnie trzeba iść do żłobka, rano należy zgromadzić potężny zapas czułości z rodzicami. Ale to nie była 6, jak to zwykle, ale wcześniej. Stópki nie były zimne od marszu po parkiecie, a na twarzy nie zaspanie zmieszane z oczekiwaniem pieszczot, tylko podwyższona temperatura. Telewizyjna rybka jeszcze spała, a małe stópki nie dały się przykryć naszą kołdrą. Termometr oraz wtulenie w moje ramiona zamknęły jednak szkliste oczka Mewy jeszcze na jakiś czas. Wskazania, chociaż nie tak duże, obudziły mnie jednak ostatecznie. Więc teraz siedzę w domu i będę do końca tygodnia. Bo przecież za ładnie dzisiaj, aby sprawdziły się czarne scenariusze pani doktor, że na dwoje babka wróżyła, że może minie ta infekcja, ale jednak ta jakby ropna wydzielina w gardle może ujawnić swoją bakteryjną naturę, a wtedy antybiotyk i tydzień w domu...
(sufitologia, spod oka, prosto w oczy)