wtorek, 31 lipca 2018

słonecznik pierwszy

Takie małe nasionko było, a takie to teraz duże wyrosło! Duma mnie rozpiera. I jeszcze przed moim wyjazdem na wakacje zdążył zakwitnąć. Mam nadzieję, że pozostałe pójdą w jego ślady i będą cieszyć moje oczy gdy wrócę.



wtorek, 24 lipca 2018

pierwsze koszenie



Padam na glebę, nawet nie na tę moją skoszoną już jakiś czas temu trawę, ale na wszystko jedno gdzie padam. Dlatego nie na wszystko starcza mi sił, nie wszystkie moje ja mogą funkcjonować. Dlatego nie piszę, nie dzwonię, nie nic. Nie szkodzi. Czasem jest dobrze dać sobie urlop od pewnych spraw.
Ale o koszeniu muszę. To jest super, prawie jak podlewanie, które uwielbiam. Co prawda mój trawnik pozostawia trochę do życzenia, wymaga mojego zaangażowania, dosiewek itd, ale w zasadzie mnie to jakoś nie stresuje. Prawda, idealny nie jest. Może ptaki wydziobały, może ja nie równo jakoś ziarno sypałam, nie ważne. Zajmę się tym po powrocie. A tymczasem już nawet taki nieidealny ogródek cieszy mnie niemal tak, jak te mizerne postępy w samodzielnym zasypianiu przez moją półtoraroczną córkę. Zwykle udaje się już bez czterdziestu minut płaczu, ale niestety to trwa i trwa, i jeszcze trochę trwa. Siedzę przy łóżeczku i już po około kwadransie zaczynam myśleć, co pierwsze zrobić jak w końcu uda się wyjść. 
Ech, jak to się szybko zapomina, jak to błyskawicznie mija, więc choć nie lubię i nigdy nie lubiłam usypiania dzieci, wpiszę to sobie obok koszenia trawnika, żeby pamiętać. Bo koszenie trwa krótko, powierzchnia mała, więc nic dziwnego. Faktycznie jest w tym coś uspokajającego, kojący zapach i błyskawiczna zmiana wyglądu. Kilka spraw przy okazji można sobie przemyśleć, poukładać, no i można spokojnie udawać, że nie słychać wołania przez silnik kosiarki.

czwartek, 12 lipca 2018

oczekiwanie

Nie chcę niczego przyspieszać ani myśleć dalej niż do obiadu, kolacji, snu. Czas i tak jakoś za szybko zostawia wspomnienia, a potem zbyt nieoczekiwanie je traci. Miało być później, a nagle się okazuje, że już się stało, było, minęło. Zatem być może najpiękniejszy jest właśnie czas oczekiwania, tego tuż przed, zanim. Najpiękniejszy i najtrudniejszy zarazem. 
I chociaż wcale tym razem nie piszę o kwiatkach to jednak ogrodem się podeprę na zdjęciach. Tuż przed zakwitnięciem, jeszcze chwila, momencik i będzie kolorowo, przepięknie i pysznie, beztrosko i letnio bardziej niż obecnie.





Lecz w duszy nie mam wiosennie. Znowu dopadły mnie stare demony. Ech, ta tragiczna powtarzalność, zmienność pór mojej duszy. Mimo wszystko nie zamieniłabym jej na nic na świecie!

"Strange days have found us
Strange days have tracked us down
They're goin' to destroy 
Our casual joys
We shall go on playing or find a new town
Yeah"

poniedziałek, 9 lipca 2018

kwitnące koperki

U mnie lato cudo. Ciepło tak, że codziennie trawę podlewam przynajmniej dwa razy. A jeszcze sąsiad wyjechał na wakacje i poprosił, żeby i jemu siknąć czasem na zieleń, więc mam trzy dodatkowe okazje, aby wyrwać się z lepkich łapek i postać sobie we względnej samotności w ogródku.

Niewiele mi jeszcze kwitnie. Ciągle się w cierpliwości muszę ćwiczyć. Póki co karmię oczy własnoręcznie przez moją córkę posianą kwitnącą eszolcją (dziwna nazwa, w ogóle mi nie pasuje) i kosmosem, który dostałam od mamy. Super są te otwierające się na słońce "koperki".




Co do eszolcji to miał być miks kolorów. ale póki co dominuje żółty, zasadniczo najmniej przeze mnie ulubiony kolor kwiatów. Myślę jednak, że go polubię. 
Nie kwitnie mi jeszcze lwia paszcza, łubin, słonecznik i jeżówka, a nawet aksamitka ma dopiero pąki, wciąż zamknięte. No ale późno wysiałam wszystko, bo wcześniej się nie dało. Mam nadzieję, że zdążą mnie nacieszyć. A w przyszłym roku, ach, w przyszłym roku - wszystko zrobię inaczej!



piątek, 6 lipca 2018

odpoczynek na szybko

Usiadłam na chwilę i blogi sobie czytam. Zmęczona, już niegłodna, ale jak wparowałam do kuchni to aż mi się ręce trzęsły. Tak to jest wpaść w trans, gdy niespodziewanie udaje się uśpić dziecko, a trudno przewidzieć, kiedy się obudzi. Niespodziewanie, bo ostatnio różnie z tym snem bywa, na przykład wczoraj w ogóle się nie dało i od 6:00 do 23:00 niewiele się dało zrobić z marudą. Cały ten tydzień taki sobie, zaczął się szczepieniem w  poniedziałek, a to skutecznie wytrąca małą z codzienności. No i zaburza mi wszelkie plany.

Magnolia nie kwitnie tak ładnie jak za pierwszym razem. Nie chodzi wcale o to, że jest mniej kwiatów. Nie szkodzi. Są niestety jakby uszkodzone, podeschnięte, brązowawe. Zastanawiam się, czy to przez wiatr, który kazał gałęziom bez opamiętania chłostać nasz dom. Bo sucho raczej nie miała. A może to jakaś inna przypadłość. Ktoś, kto sadził wiele lat temu tę magnolię nie przewidział, że tak się bardzo rozrośnie. I wchodzi nam w okna. Mnie to absolutnie nie przeszkadza, ale magnolii chyba jednak szkodzi. Radzą mi, żeby jej gałęzie przyciąć, ale przecież magnolia nie lubi przycinania...


W tle fragment huśtawki ogrodowej, z której jeszcze nie mogę korzystać, ale w przyszłości obiecuję sobie na niej długie godziny czytania, ech :)



poniedziałek, 2 lipca 2018

trawa, fasola i inne błędy

Dziwny dzień dzisiaj, pochmurny, niemrawy. Od rana załatwiłam jednak więcej niż w niejeden dzień energetyczny. Byłam z małą na szczepieniu, a to wiadomo - wyprawa, w dodatku emocje, niekoniecznie z tych pozytywnych. Ale naprawdę nie było źle.
Teraz mała śpi, zasnęła na spacerze pod przepastną budką. Może odurzyła ją wilgoć z powietrza, może podmuchy jakby jesiennego wiatru, może to organizm litościwie przesypia ból maleńkiej igiełki naruszającej komfort dziecięcego przedramienia.

W ogrodzie wzeszła trawa. Nieśmiało popękały nasiona i jakaś zieleń skrada się po ziemi. Czekam, czekam, gadam i namawiam. Codziennie wieczorem podlewam i czekam cierpliwie. Ale moc się skrada.
Na rabatkach coraz mniej miejsca, wszystko się rozrasta, chociaż niewiele co kwitnie, tylko kosmos, ale dostałam już taki duży. Czekam aż wybuchnie kolorami to, co posiałam sama i wtedy się pochwalę.
A póki co byłam znowu w ogrodniczym (taki nowy nałóg) i dosadziłam sobie trochę gotowców, zwykle z wyprzedaży. Lubię ratować takie niechciane i trochę połamane małe egzemplarze. Dotychczas miałam je w doniczkach, teraz kupuję też do ogrodu. Dlaczego? Bo roślin mi żal, a choć moje umiejętności nie są duże, jeszcze się uczę, przynajmniej się staram. I często się udaje.


Podratowana kalanchoe, ale jeszcze wiele przed nami (mam nadzieję).


Zakwitnął mi skrzydłokwiat, pierwszy w moim domu. Nadziwić się nie mogę jakie to cudo!



A to właśnie uratowane coś za 2,49 zł. Gerbera, no może i miała liście połamane i jest taka krzywa, nieforemna, ale nie szkodzi. Dla mnie piękna. Przyznam, że o mały włos nie zniszczyłabym jej do końca, bo stała na wyprzedaży między begoniami i innymi kwiatami rabatowymi, więc radośnie posadziłam ją w ogródku. I tam sobie przez dwa dni mieszkała, a ja ją razem z trawą codziennie beztrosko dość obficie podlewałam. Nieuk jeden ze mnie to prawda. Dzisiaj właśnie coś mnie tchnęło i przeczytałam, że co najwyżej na balkonie mogę ją w doniczce postawić, bo nie nadaje się na rabatkę. Póki co mam ją w kuchni do południowej herbatki. Piękna jest.


I tak się lipiec zaczął. W domu zapach gotującej się fasoli, trawa kiełkuje, gerbera w doniczce. Lada moment skończę haftowany krzyżykami obraz. Trzeba będzie coś wymyślić na urlop, jakiś krótki wyjazd. A przez tę pogodę tak mi się nie chce, oj nie chce...