Padam na glebę, nawet nie na tę moją skoszoną już jakiś czas temu trawę, ale na wszystko jedno gdzie padam. Dlatego nie na wszystko starcza mi sił, nie wszystkie moje ja mogą funkcjonować. Dlatego nie piszę, nie dzwonię, nie nic. Nie szkodzi. Czasem jest dobrze dać sobie urlop od pewnych spraw. Ale o koszeniu muszę. To jest super, prawie jak podlewanie, które uwielbiam. Co prawda mój trawnik pozostawia trochę do życzenia, wymaga mojego zaangażowania, dosiewek itd, ale w zasadzie mnie to jakoś nie stresuje. Prawda, idealny nie jest. Może ptaki wydziobały, może ja nie równo jakoś ziarno sypałam, nie ważne. Zajmę się tym po powrocie. A tymczasem już nawet taki nieidealny ogródek cieszy mnie niemal tak, jak te mizerne postępy w samodzielnym zasypianiu przez moją półtoraroczną córkę. Zwykle udaje się już bez czterdziestu minut płaczu, ale niestety to trwa i trwa, i jeszcze trochę trwa. Siedzę przy łóżeczku i już po około kwadransie zaczynam myśleć, co pierwsze zrobić jak w końcu u...