Jeszcze tkwię w jesieni, a tu już zima nadciąga coraz śmielej. Nie straciłam barw, wiele z nich jeszcze pozostało mi do zrzucenia. I każdy upadek przydałoby się przemyśleć. A tu już szron hibernuje mi uczucia, alienuje wewnątrz, rysuje kontur. Odczula wspomnienia. Choćbym chciała się rozmyć w burości – nie daje się. Ginę w masie spraw do przemyśleń, do zrobień, do odłożeń. Nieposkładana, rozdygotana na porannym przystanku pod murem nadal ceglanym, pod badylami cmentarnych drzew i w cieniu zaciągniętego szczelnie chmurami nieba, hoduje mi się po kieszeniach i w szalik wkręca - żal. Ten do siebie. Lecz już się dalej nie dam odkładać przez rozmemłane ja. Bo cóż z tego, że minął czas? Zawsze mija, odkąd pamiętam. Jest jak wprawiony biegacz, spokojny, miarowy. Tak ma. Kondycja, że hej! Wciąż do przodu i do przodu, więc nawet nie staram się z nim trenować. Nie dałabym rady z moją skłonnością do nagłych zatrzymań, do blokad nieuzasadnionych, do przyrodniczych zastygań i...
(sufitologia, spod oka, prosto w oczy)