czwartek, 31 maja 2018

o przyszłym wrześniu


Niedawno musiałam pojechać do pracy. W zasadzie chodziło tylko o zaświadczenie z kadr, bo jest mi potrzebne do żłobka. Udało się nam bowiem dostać do państwowej placówki, co jest cudem wielkim jak każdy wie. Miejsc jest mało, zapotrzebowanie spore. Bałam się, że się nie uda, bo nie zapisałam małej do żłobka w chwili odebrania jej numeru pesel, jak to wszędzie radzą. A systemy komputerowe są bezwzględne i liczą dokładnie wszelkie te punkty i daty. Nam pewnie pomogła wielodzietność, nie wiem dokładnie, w każdym razie się udało. I nie ma już wymówek - od września wracam do pracy, a nasze życie znowu przewróci się do góry nogami. Trzeba będzie wypracować nowe schematy codzienności, ale nie o to się martwię.

Przypomniały mi się wszystkie traumatyczne sytuacje z pracy. Jest już niby inaczej, podobno wiele się zmieniło, wielu ludzi odeszło. Nic nie będzie już takie samo. Ale jednak ręce mi drżały, gdy odbijałam identyfikator, a szklane drzwi rozsunęły się przede mną. Pani portier przywitała mnie uprzejmie, współpracownicy ucieszyli się, przynajmniej tak się zdawało. Udało się podczas tej krótkiej wizyty uniknąć niepożądanych osób. Na pozór wszystko ok, ale jak wiadomo składam się głównie z moich wyimaginowanych zmartwień zmiksowanych z obawami o przyszłość. Więc już zobaczyłam siebie w ten wrześniowy wtorek, gdy będę musiała przyjechać punktualnie, a w torbie będę miała kanapki na cały dzień tęsknoty za dziećmi i wolnością. I martwię się, że będę cała zmartwieniem, wiem o tym.

Mam trzy miesiące na niemyślenie o tym. I nie będę. Nie chcę sobie psuć najcudowniejszych miesięcy. Obiecuję sobie koncentrować się na codziennych sprawach domowych, na ogródku. I będę się zachwycała każdą zakwitłą aksamitką i choćby listkiem róży pnącej. I nawet te wszystkie koszule i ciemne garnitury z worków wyciągnę dopiero pod koniec sierpnia, zakupię pantofle i nową porządną torbę. 
Może rzeczywiście wszystko będzie tym razem inaczej. A tymczasem - stop w temacie.

strata


Miałam ostatnio trochę dziwnych zdarzeń. Czasem tak bywa. Nie wszystkie się da opisać, nie wszystkie łatwo pogodzić z codziennością. Ot, może drobiazgi, bolesne drzazgi, choć z pozoru nieistotne. 
Straciłam zdjęcia z aparatu. Czterdzieści jeden. Bardzo zależało mi na ich zrobieniu. Stanęłam na rzęsach, aby tam być i strzelać fotki. Udały się wyśmienicie i już nie mogłam się doczekać, żeby je zobaczyć na ekranie komputera. Osobiste zdjęcia z jednego z ważnych dla nas rodzinnych wydarzeń, których już nie da się powtórzyć. I zniknęły. Nie miałam szansy nikomu ich pokazać. Oczywiście użyłam programów do odzyskiwania zdjęć z uszkodzonych kart sd. Nie udało się. A w zasadzie odzyskałam z karty zdjęcia, na których mi nie zależało, lecz ani jednego z tamtego wieczora. Jestem niepocieszona i obrażona na aparat fotograficzny. Jeszcze z nim nie skończyłam. Pewnie jeszcze raz spróbuję jakiegoś innego programu jak mi trochę emocje opadną.
W sumie drobiazg, a wytrącił mnie z równowagi. Co pokazuje zresztą jaka słaba jestem jeszcze w gruncie rzeczy. Ale czego ja się spodziewałam? Przecież silna i odporna raczej nigdy nie będę. I tylko tyle mogę zrobić, żeby się nauczyć radzić sobie w takich sytuacjach. Radzić ze sobą.


poniedziałek, 21 maja 2018

wola życia

Kiedyś w podstawówce pani na biologii albo geografii zapytała w klasie czy ktoś wie, jak to się dzieje, że natura się odradza na wiosnę. I że czasem wystarczy 5 milimetrów piachu pomiędzy płytkami chodnika, aby wyrósł tam mlecz. A w lodówce pozostawionej pietruszce zaczyna zielenić się natka. 
Natura odradza się, bo chce. Minimum wystarczy tym najmniej wymagającym. I żadne tam czary mary, tylko wola życia.

Posiałam, chwaliłam się. Sieję zresztą nadal. Ale teraz się znowu pochwalę, bo zaczyna wyłazić. Nieporadne zielone główki, jakieś rozczulające milimetry chwiejnych niteczek, krzywe rządki nie wiem jeszcze dokładnie czego, bo w sumie nie pamiętam, gdzie co, ale to kwiatki. Zioła jeszcze nie wzeszły i może nawet nie wzejdą, bo mam pewne podejrzenia co do nasion. No ale zobaczymy.
Ale że to pierwsze moje upragnione zieleniny na grządkach to zdjęcia muszą być. Mam nadzieję, że to potem pokażę już takie rozkwitnięte, buchające kolorem, rozpasane w formie. Tymczasem - jedynie zapowiedź, czysta wola życia.





storczyki i róże

Miałam bardzo intensywny weekend, pracowity i rodzinny. Narobiliśmy się w ogródku jak dzicy, szczęśliwi i umorusani godzinami szorowaliśmy paznokcie przed niedzielną rocznicą I komunii średniej córki. Oprócz tego był turniej, bo dziecię mam intensywnie trenujące, turniej zakończony ogromnym sukcesem! A międzyczasie jak co roku skończyłam swoje lata. I dostałam piękne małe róże w doniczce. Jak przekwitną posadzę je w ogródku na nowej rabatce, tej różanej, bo właśnie w sobotę zdążyłam posadzić przy płocie dwie pnące róże.




Kto wiele ma, od tego wiele wymagać będą. A ja ostatnio mam całkiem sporo nowych wyzwań. Zajmuję się rzeczami, o których nigdy nie myślałam inaczej niż w kategorii marzeń. Teraz są to konkrety do podlania, przycięcia, zaopiekowania. Dopiero co założyłam sobie parapet sukulentów, żeby już tak ciągle nie nudzić o ogródku, który w całości jest dla mnie nowością i każdy jego element także. Wyzwaniem jest także kalia, a teraz jeszcze i to - storczyki! Kolejny temat, który muszę zgłębić. Dostałam od męża i dzieci. Chyba mi ufają, że nie zmarnuję, więc muszę się naprawdę postarać.




czwartek, 17 maja 2018

w różu





Odpoczywam. Po tamtym i przed tym, zawsze jest po czym i przeważnie przed czym. W szklance herbata malinowa, a na sobie mam cudownie ciepłą kamizelkę, wełnianą, w odcieniach różu. Jakoś mi dzisiaj chłodno po tych deszczach, potrzebnych i cudownych. Jakoś mi dzisiaj królewsko, jak to w różu.

W sumie to nic nie robię, ot, siadłam i piszę sobie. Kilka zdjęć zrobiłam, kilka listków oberwałam złamanych i przekwitłych kwiatów. Obiad jest z wczoraj, odkurzać nie będę, żeby małej nie budzić, do zaplanowanego przesadzania kwiatków doniczkowych jakoś mnie nie ciągnie. Lekkie lenistwo.

Posmarowałam twarz nowym kremem, uczesałam włosy, pomarzyłam trochę o nowych ciuchach. Takie dam babskie rzeczy. Od poniedziałku zabiegany tydzień, codzienność dziecięcych zajęć dodatkowych, zakupów i jeszcze próby przed rocznicą. Po niedzieli mini biały tydzień, do środy, więc także będzie zabieganie, pewnie nerwy lekkie, żeby zdążyć. I zebrania w szkołach, zaliczenia i inne takie.

Ogród czeka na sobotę, na dalsze prace, przedostatnie. Jedna rabatka jest, ogrodzona płotkiem, kwiaty jednoroczne posadzone, trochę ziół, szczypiorek. Jeszcze kilka korzeni do wyciągnięcia i kilka drew do pocięcia. Jest też duża ogrodowa huśtawka do pomalowania i ustawienia, jeden krzew do przesadzenia. I trawnik do założenia. Może w końcu przyjdą dziś, jutro zamówione sadzonki pnących róż.

Tymczasem nasycam się kolorem herbaty malinowej i mokrych pelargonii. Trafił mi się prezent od losu - godzinka na czytanie, bezkarnie, w ciągu dnia! Królewski rarytas na balkonie, niespodziewanie, w czwartek. Po wszystkim i przed wszystkim. W różu.


wtorek, 15 maja 2018

nocny deszcz


Wreszcie pada deszcz. Nawadniam się nim siedząc na balkonie. 
Być może jestem jak roślina, spragniona chwil pielęgnacji z nieba. Siedzę pod zadaszeniem, mimo deszczu świerszcz (chyba) gra, a na stoliku zapaliłam tylko jedną latarenkę. 
Chłonę każdą kroplę, nadążam za ich niespiesznością. Oddycham nimi jak mój ogródek, jak moje obawy i bóle. 
Świat chyba już śpi. Pewnie ciśnienie spadło, może jutro trzeba wstać rano, a w telewizji i tak nic nie ma. W zasadzie nie wiem, dlaczego u żadnego sąsiada nie świeci się nic oprócz lampki nocnej. 
Mija moja pora na czytanie, ale mi nie żal, choć książka wciągająca. Ale bardziej wciąga mnie deszcz. Liczy mi czas tą swoją miarowością, uspokaja monotonią, pociesza oczywistością. Szaleństwo życia pewnie jutro znowu ruszy z kopyta. Ale teraz - upaja się, nasyca w ciszy, gotowi.

piątek, 11 maja 2018

z łopatą na słońce


Ten post miał się ukazać wczoraj, ale już nie miałam siły pisać go od nowa. Zmęczona po irracjonalnej pracy w ogrodzie, której ten post dotyczył, zasiadłam z trzęsącymi rękoma do klawiatury i wypisałam swoje żale. Już prawie kończyłam, gdy nagle ... znacie to na pewno. Post zeżarło. 

A pisałam o tym, jak to poszłam do ogrodu zaraz po uśpieniu małej o godzinie 11. I jak dzika niespożyta desperatka z łopatą w ręku ignorowałam zerkanie sąsiada zza firanki. Kopałam i kopałam. Na darmo. Kopać się wiele nie dało. Cudowna brzoza sąsiada, co mnie uczula wiosną wczesną, brudzi balkon wiosną późną (nie wiem co robi jesienią, bo to będzie pierwsza nasza jesień tutaj, ale na pewno coś robi), zapuściła korzenie swoje niezależnie od wysokiej podmurówki płota i cóż, wydaje się, że chłop mi musi ogródek skopać, bo mimo desperacji sama nie dam rady.
Tylko się zmęczyłam, a sąsiad pewnie się uśmiał. Wanna była czarna od mojej bezsiły, ręce trzęsące jak nie przymierzając wiotkie gałęzie brzozy na wietrze, a gęba moja w kolorze rododendronu. Zasiadłam na balkonie z litrem wody i dochodziłam do siebie. A na balkonie mam nowy nabytek - kalię. Nigdy nie widziałam ich innych niż bladożółte. Męża mojego też zachwycił ten przedziwny kwiat i oto mamy go na balkonie na małym stoliku do codziennej kawy i nocnych pogaduszek.




wtorek, 8 maja 2018

w pełnym słońcu

 Wczoraj miałam takie depresyjne popołudnie z bólem głowy, bezsensem martwienia się na zapas, z nerwami lekarskich diagnoz i wyjaśnień, a dziś na szczęście nowy dzień i słońce odkrywa piękno tego, czym naprawdę warto się zająć.
Przysiadłam tylko na chwilkę do kompa, bo mała zasnęła, więc mam czas na kawę i dalszy plan dnia. Obeszłam tylko z aparatem oba moje małe ogródki.
To zdjęcia z tego za domem, gdzie jeszcze nie mam rabatek i trawy. Ale przesadzone rododendrony zachwycają mnie swoim przepychem. Pomyśleć, że jeszcze do stycznia nie miałam pojęcia, że takie kwiaty w ogóle istnieją!




W drugim mizernym kącie ogródka posadziliśmy bzy. Mam nadzieję, że się przyjmą i rozrosną, osłaniając nas trochę od sąsiadów i nieciekawego segmentu z zaniedbanym ogrodem. Wolę naturalną zasłonę, a nie mur ani pełny płot, dlatego nie montujemy tam żadnych przesłon. Poczekamy. Mam nadzieję każdym majem bez będzie mnie zachwycał kolorem i zapachem kwiatów, a jego także dekoracyjne liście utworzą zielone ogrodzenie na tym kawałku.




Jeszcze wczoraj klematis w ogródku od frontu nie był tak rozwinięty. W zasadzie sądziłam, że będzie fioletowy lub granatowy. A dziś rozchyliły się płatki i ... bordo!



Poprzedni właściciele posadzili jeszcze od frontu taki krzak, który widuję w okolicy jako żywopłot, przycinany gęsto. Jest nawet atrakcyjny ze względu na liście. Ale u mnie to po prostu jeden ogromny krzak, ma ponad dwa metry, mimo że go trochę przycięłam wczesną wiosną. A na nim są takie oto kwiaty. Co ciekawe - niektóre są białe, a inne różowe. W zasadzie miałam go kompletnie wyciąć jesienią i w jego miejsce posadzić pnącą różę, bo jakoś mi się bardziej komponuje z drewnianymi schodami. Na marginesie - pojęcia nie mam co to za krzaczor. W dodatku teraz, gdy kwitnie to nawet mi się zaczął podobać.



 


poniedziałek, 7 maja 2018

sobota gdzie indziej


Jestem ostatnio przyrodnicza, zielona i eko. Zbieram informacje, nawożę, przycinam. Tak się do nowego przymierzam, wpasowuję, czy mi będzie dobrze nie być takim zasadniczym. Staram się być poza nurtem "nie mam czasu". Właśnie przeciwnie - znajduję czas. Mimo przeprowadzki, remontów, trójki dzieci, prania, gotowania i sprzątania na powierzchniach ponad setnych. Mam czas dla tego, co chcę. Uważam, że tak się da. Zawsze się dało. Ale oczywiście jest dużo trudniej niż powiedzieć sobie, że nie mam czasu i odpuścić.
Nie odpuszczam. Co najwyżej mniej czasu poświęcam na stare hobby. Rozdrobniłam się może nieco. 

W sobotę odwiedzałam rodziców i ich niewielki ogródek, nieustanne źródło inspiracji. Mama jest specjalistką od róż, ale w ogrodzie jest mnóstwo wszystkiego, nawet owoców i warzyw. Teraz jest jeszcze subtelnie, bo rozkwitnie wszystko trochę później, ale już są oczywiście moje ulubione konwalie. W moim ogródku od frontu też mam ich kilka, ale niestety nie kwitną. Stłamsiły je jak nic irysy. Jesienią wezmę się za ogródek od frontu i na pewno dam konwaliom dużo więcej przestrzeni.



 Jest pięknie i całe dnie siedziałabym w ogródku, choć w zasadzie nie da się siedzieć w ogródku. Ot tyle co przesiąść na chwilę, na kawę, na opowieść leniwą. A potem się chce z aparatem poskradać trochę form i kolorów, podpatrzeć prostoty i piękna, oczy napatrzyć i dźwięków dziwnych posłuchać. Udało mi się chwil kilka spędzić na trawie, na grubym kocu. Zamknęłam oczy, by pomyśleć, a słońce dbało o mój ciepły nastrój. 
Nie może być źle, gdy tak wszystko w cieple rozkwita. Nic nie może być źle. Wszystko się jakoś ułoży i dla wielu spraw jest miejsce w życiu. I dla drobin konwalii, i dla przepychu klematisu, i dla niedojrzałej truskawki. I dla chwasta, od czasu do czasu.







niedziela, 6 maja 2018

rododendrony i bzy



 Mam pięć dużych rododendronów: jeden biały, dwie ciemne fuksje i  dwa nie wiem jakie, niespodzianka. Póki co mają się nie najgorzej, mimo że niedawno zostały przesadzone na nowe miejsce. Dzisiaj już tylko podsypałam im trochę kory sosnowej, a mąż ogrodził je płotkami. Obecnie kącik rododendronów wygląda tak, jak na poniższym zdjęciu.

 

Mam też już kącik bzów. Dopiero dwa kolory, a zależy mi jeszcze co najmniej na jednym, więc uznajmy, że póki co kącik jest raczej tymczasowy w obecnym kształcie. Tutaj oczywiście płotki znikną w pewnym momencie.


Miałam jeszcze założyć sobie rabatkę, a nawet dwie. Ale niestety nie byłam w stanie i wcale nie chodzi o brak czasu czy opieki dla najmłodszej. W sklepie, w którym upatrzyłam sobie uprzednio dobrą i tanią ziemię, po prostu jej dzisiaj zabrakło! Szok, prawda?

czwartek, 3 maja 2018

zielono mi


Nie mam paproci w ogródku. To zdjęcie z zaprzyjaźnionej działki pod lasem.
W moim ogródku jeszcze dużo pracy, a czas goni. Najchętniej bym już siała i sadziła, bo przecież to pora. Ale jeszcze się nie da, choć już coraz bliżej.
Dzisiaj rano spakowałam już ostatnie worki po wycince drzew. Ogródek mały, a poprzedni właściciele obsadzili go dookoła tujami. Urosły ogromne, bo sięgały drugiego piętra! Może i oddzielały nas od oczu sąsiadów, bo przecież to osiedle segmentów i trochę to prawda, że zaglądamy sobie wszyscy w okna. Ale dla mnie priorytetem było słońce i niebo. No dobra, jeszcze brak mchu, ślimaków i pająków.
Wycięliśmy wszystkie tuje.
Wśród sąsiadów konsternacja. Nagle odsłoniliśmy ludziom świat. Sąsiadka z naprzeciwka stała na tarasie i machała do nas:
- Hej, hej, dzień dobry sąsiedzi!
- Ojej - odkrzyknął mój mąż - Nie wiedziałem, że mamy tutaj sąsiadów!

Sąsiedzi z boku nigdy nie mieli słońca w swoim ogrodzie przez nasze tuje. Teraz wystawili sobie leżaczki. Jeszcze ich na nich nie widziałam, ale pewnie to oznaka, że zmiana raczej się im podoba.

Mamy teraz zapas drewna do kominka. A firma odbierająca od nas śmieci pewnie spędzie u nas sporo czasu, zanim zapakuje te wszystkie worki.

Nie mogę się doczekać, aż przesadzę rododendrony w miejsce docelowe, założę kwietnik i posieję trawę. A mąż przygotowuje świetlną niespodziankę.

A teraz odpoczywam na balkonie i tak mi dobrze, zielono na duszy.

środa, 2 maja 2018

spalony las

Kilka lat temu kupili sobie działkę leśną, niedaleko od naszej. Piękną działkę, najbardziej w las. Długo przyjeżdżali tylko pod namiot, a jedyny domek, jaki stał na terenie to ten, do którego król chodzi piechotą.
W tym roku w końcu udało się postawić drewniany domek. Na koniec była impreza, jakby huczniejsza niż zwykle. Rozpalili sobie nawet ognisko na terenie. Często tak robili.
Nie było mnie wtedy na działce. To wszystko z opowieści. I że siedem jednostek gasiło pożar, jak już wyjechali do domu. Ogień poszedł w las, a nie na działki, ale sąsiadom drzewa spłonęły na terenie. Na szczęście nie domki.
Żal lasu. Chodziłam tam niekiedy na grzyby. Pożar był ponad miesiąc temu, a jeszcze wczoraj unosił się charakterystyczny zapach spalenizny.
Zastanawiam się, jak to jest. Czy jest jakieś dochodzenie, kto zawinił? Czy na pewno na działkach leśnych można palić ogniska?



balkon

Bardzo lubię balkony. Mam tak od zawsze. Pamiętam, że do matury uczyłam się siedząc na kocu na dość sporym balkonie. Było gorąco, bo ekspozycja zachodnia, moja ulubiona zresztą.
W naszym małym mieszkaniu też mieliśmy balkon zachodni, naprawdę niewielki. Ale był tam rozkładany stolik, rozkładane drewniane krzesło i skrzynia. Teraz wszystkie te meble przeniosłam na obecny mój balkon. I zakupiłam jeszcze dwa krzesła z poduchami.
Balkon jest dość spory, ekspozycja północno-wschodnia. Słońce gości na nim tylko rano, ale potem też jest słonecznie, choć się nie nagrzewa. Obstawiam, że w upały będzie moim ulubionym miejscem.

Widok na magnolię, teraz bez kwiatów, a także na ogród, którego absolutnie nie mogę jeszcze pokazać, bo wiele pracy przed nami.
Dziś udało się w końcu przygotować balkon i wypić na nim pierwszą kawę.
Nocą, po uśpieniu najmłodszej, udało mi się też trochę na nim posiedzieć i popatrzeć na księżyc. Wylazł zza dachu sąsiadów i wygonił mnie do spania. Bo nie ma zmiłuj. Mała i tak obudzi raniutko cały dom. Bardzo dobrze. Na jutro zaplanowane dalsze prace w ogrodzie!

sukulenty

Kupiłam za małą misę. Nie było większej, trudno. Myślałam, że może dwie. Ale teraz w sumie się cieszę, że jest jedna. Wybrałam do niej te sukulenty, które mam nadzieję wolniej rosną i może nie tak wysoko, jak na przykład grubosze.
Zobaczymy jak mi pójdzie.
Oczywiście będę przesadzać, jeśli mi jakieś bardzo urosną albo zachorują. Obstawiam, że pierwsze będę musiała wysadzić z misy te śmieszne zwisające korale. Może docelowo zostaną w misie tylko żywe kamienie i te drobne zielono-różowe sukulenty, które w warunkach naturalnych rosną przy skałach. 
Zobaczymy. Generalnie staram się być optymistką i mam nadzieję, że się uda. Najtrudniejsze dla mnie to powstrzymanie się od częstego podlewania. Mam taką tendencję i generalnie zwykle moje kwiaty doniczkowe to lubią, no ale te są szczególne. Wymagające.