Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z 2018

co zrobiłam skarpetkom, które mnie denerwowały przyciasnym ściągaczem

Blisko północ. Pędzę z salonu prosto po męża. - Szybko, szybko! - biorę go z zaskoczenia. - Mam problem z kominkiem, chodź! Więc biegnie, leci, na łeb na szyję po schodach, bo kominek rzecz upragniona świeżo nabyta, więc święta. I jeszcze w korytarzu: - A co w ogóle się stało? - Eee -  macham lekceważąco ręką i zapalam światło. - Gnomy nam się zalęgły przy kominku, no i co zrobisz? Nic nie zrobisz. Ale zrobił. Uśmiał się, ucieszył i przytulił. Mnie, nie gnomy.

niegotowa

Mam tyle zaległości! Siedzę zatem spokojnie i korzystam z tych około 60, może więcej, minut południowej drzemki mojego chorowitka. Nagrzewam plecy w słońcu zza szyby. Otumaniam mózg trzecią dzisiaj dawką kofeiny. Pilnuję, by nie zakładać nogi na nogę i od czasu do czasu wyprostować plecy. Powinnam to, powinnam tamto. Wiele rzeczy. Ale w zasadzie się cieszę, że moje życie nie toczy się torem ustalonym. Jestem wdzięczna za każde życiowe spóźnienie, zboczenie z toru, zaniedbanie obowiązku, odpuszczenie sobie. Gdybym zawsze robiła to, co powinnam, byłabym ... nudna i w gruncie rzeczy nieprzygotowana do życia. A tak jestem tylko niegotowa na utarte zwyczaje, na małostkowe "powinnaś" i "trzeba by", a nawet "warto". Jestem zabawnie kreatywna, jeśli chodzi o radzenie sobie w codzienności skrojonej dla mnie jakby z za małego skrawka wieczności.  Malowniczo poustawiane brudne naczynia, trzeszcząca pośniadaniowa podłoga w kuchni, bogactwo materii zgro...

biedronka, która mi zwiała

Na 38 piętro bardzo rzadko dolatują gołębie, ale widziałam na szybie biedronkę. Trudno było, niezręcznie tak podczas szkolenia wyjąć aparat i robić jej zdjęcia. Więc tylko na nią patrzyłam.  W swoim biedronkowym stylu łaziła sobie po szybie, chyba nieświadoma wysokości. Może na niej nie robi wielkość takiego wrażenia jak na mnie. Nie spieszyła się. Nawet sobie przystanęła, chociaż co to za stabilność na gładkiej powierzchni prostopadłej do poziomego betonu poniżej? W każdym razie w niej strachu nie było. Rozłożyła te swoje żenująco mikroskopijne w tym ogromie skrzydełka i z gracją rzuciła się w miejską przepaść.  Gapiłam się trzy dni.  Ja tak nie fruwam. 

ogródek we mnie

Dobrze jest czasem się zatrzymać w pół kroku, choćby przy oknie, z firanką niedosłoniętą, nad pozostawionym  na parapecie kurzem. Kilka minut, jeśli można nie biec dalej, jeśli dane jest wniknąć pod powierzchnię rzeczywistości. Darowany tydzień w domu za dnia, marudne kilka dni z termometrem, inhalacjami, drzemkami przerywanymi szlochem i nocą z wiecznie zapaloną lampką na parapecie. Nie, nie, wcale się nie skarżę. To życie, jestem już nauczona, żłobek, jesień, infekcje - norma. Nie zadaję niepotrzebnych pytań. Zwyczajnie - dziękuję. Że mam dla kogo być zmęczona i dla kogo wstawać w nocy. Że raczej uda się bez antybiotyku. Że raczej nie wyrzucą mnie z pracy za te kilka dni zwolnienia. Że mimo wszystko znalazłam kilka chwil dla siebie na przemyślenia. Jest we mnie jeszcze kilka kolorów, niespodziewanych niekiedy. Nie jestem wiecznie zielona, ale już przeklęta życiowa mądrość podbarwiła mi radość fioletem, różowym niekiedy. Czy tak łatwiej znosić cierpienie to nie wiem, ale pr...

dostęp

Och, jesień, dobrze, że mnie dopadasz. W kilkusekundowych odcinkach przebudzeń w ciągu biurowych niedorzeczności i błahostek zwykłych wtorków, czy tam śród, piątków, z trudem uświadamiam sobie sens zarumienionych liści, zabłąkanych na polach mgieł pod lasem i tego jak mnie zmierzch odprowadza do domu z autobusu. Po wyjściu z kontrolowanej kompozycji betonu, szkła i drewnopochodnego laminatu, dokąd podwieszone pod sufitem systemy industrialnych urządzeń tłoczą gaz ponoć w właściwej proporcji do utrzymania naszych wstydliwych fizjologii, pierwszy oddech na warszawskiej ulicy w samym centrum tego lokalnego wszechświata nieodmiennie smakuje nostalgią. Zabroniono nam otwierać okna, a naszą krnąbrność ukarano zabierając klamki. Codziennie nie zdążam obejrzeć fioletowych liści krzewu z ogródka, ...

Czas

Jestem taka bezradna wobec czasu. On jest taki nieuchwytny, wszędobylski. Potwierdza każdą wymówkę, tłumaczy większość rozleniwień. Chciałabym kiedyś spróbować bez niego uzasadniać swoje wybory. Póki co nie mam odwagi. Tak jest zwyczajnie prościej. Nie mam czasu: posiedzieć wieczorem w kocu w ogrodzie, skończyć skarpetkę na drutach, pojechać z córką do kina, rozprawić się z przeczytaną wczoraj książką, nałożyć maseczkę na twarz, przesadzić chyba już z tuzin kwiatków, przyciąć trawę, skrócić ze dwie pary spodni, upiec jakieś nowe ciasto, posprzątać w szafie, odłożyć ubrania do oddania, posprzątać na strychu, posadzić cebule, w niebo popatrzeć bez powodu, śpiewać w wannie i w ciszy odpowiedzieć sobie na wszystkie te n...

poranne spacery dwa

O tak, uwielbiam wcześnie wstawać! Najlepiej tak rano, że jeszcze niebo śpi, a słońce nawet nie wie, że ma coś konkretnego do zrobienia. Np. 5:00, ciemno jak na dnie szuflady w szafie w piwnicy, a ja ochoczo wyplątuję się zarzuconych na mnie rąk i nóg, odganiam swojskość ciepłej kołdry i lekko zbiegam z sypialni boso wprost na lodowate kafelki kuchni. Chłód z rozszczelnionych okien rozpoczyna masaż ujędrniający wszystkich tych części mojego ciała, które magicznie potrafią wywołać na skórze zabawne kropkowate wypukłości. O tak, uśmiecham się do siebie w lustrze, błyskawicznie zakładam przygotowane wieczorem ciuchy, piję kawę, zjadam śniadanie czytając kilka słów, nanoszę ostatnie poprawki w kalendarzu, wkładam kanapki do torby i prawie jestem gotowa na pierwsze ekscytujące wydarzenie właśnie rozpoczynającego się dnia - poranny rześki spacer z psem. O tak, początki dnia są ekstra. Uwielbiam wcześnie wstawać. Tyle że ... przychodzi mi to z trudem. O 5:00 po omacku szukam wyj...

wybrane plusy września

Zamiast narzekać, a właśnie miałam zamiar opisać jak mi się doba skurczyła, sen uległ redukcji, a zwiększył poziom stresu ze względu na podwyższony poziom absurdu biurowego, w którym muszę przebywać długie minimum 8 godzin dziennie, postanowiłam wymienić sobie kilka, bo mam nadzieję, że kilka się znajdzie, plusów mojej obecnej sytuacji. Dla przypomnienia - wróciłam do pracy po dwóch latach nieobecności. Jak bardzo to trudne ta tylko wie, która zrobiła podobnie. A plusy są takie: 1. znowu dużo czytam - hurra długie dojazdy do pracy! Godzinka rano, godzinka po pracy, ścisk taki, że ręki nie ma gdzie uczepić, ale na szczęście książkę i tak jakoś udaje mi się rozłożyć 2. znowu maluję paznokcie - uwielbiam to, ale wydawało mi się bezsensowne w domu, teraz nie mam takiej wymówki 3. są w moim otoczeniu ludzie, którzy nie oczekują ode mnie stuprocentowej uwagi, mogę ich zostawić na chwilę, zupełnie stracić z oczu, a nic złego im się raczej nie stanie 4. sypię cytatami z teraźniej...

3 w 1

Gdyby ktoś się mnie pytał, jak się czuję czy coś, to raczej nie byłaby to rozmowa optymistyczna. Ale na szczęście nikt nie pyta. Aktywizują się za to współpasażerowie niedoli z pracy wyrażając swoją (o dziwo) radość z mojego bliskiego powrotu. Może to forma podniesienia mnie na duchu, a może stanowię po prostu zapowiadaną wrześniową atrakcję. Tymczasem w domu mam zoo. Pies wiadomo - od czterech lat. A teraz doszedł królik karzełek tzw. baranek. Należy do średniej córki. Ale radość daje każdemu. Nikt z nas nigdy nie miał królika, to nasz pierwszy. Nieźle kica sobie po trawie, panienka królica. Najstarsza córka zapragnęła znowu mieć szczurka. Nie lubię tych zwierząt, do ręki nie biorę i zasadniczo mogę obserwować je tylko w klatce. Raz kiedyś mieliśmy szczura, żył prawie dwa lata. Nie zdążył mnie oswoić. Tym razem są dwa, jaśniejszy na zdjęciu i ciemniejszy. Może kiedyś uda mi się zrobić zdjęcie dwóm na raz. Obie samiczki jakby co. W ogródku króluje jednak papryk...

powrót z wakacji

Już prawie tydzień wracam do siebie po wyjeździe, opornie wychodzę z prania, ze dwa razy robiłam zakupy jedzeniowe i nieśmiało zaczynam znowu gotować. Ach, to takie wygodne jadać "na mieście".  Jeszcze świat nie stanął na głowie, jeszcze sierpień i udajemy, że września nie będzie jeszcze pół roku. No ale będzie, będzie. Oglądam zdjęcia, suszę ręczniki po dzisiejszych termach i wcale mi się nie chce kupić butów do pracy. Zastanawiam się jak sobie dam radę ze wszystkim. Po raz pierwszy od stuleci mam problemy ze snem. Bez sensu. Jeszcze tyle czasu. Padam ze zwykłych zmęczeń, po co mi kolejne? Ogródek przywitał mnie ogromem pracy, rozrośniętymi słonecznikami, trawą do koszenia. Codziennie zbieram nasiona, bo może znowu zamarzę podobnie ukwiecić ogródek w przyszłym roku, choć pewnie będę chciała inaczej. Nocami przesiaduję na prętach ogrodowej huśtawki, czekam na zamówiony materacyk, "czekam czwarty dzień" i snuję plany zemsty doskonałej na firmie k...

słonecznik pierwszy

Takie małe nasionko było, a takie to teraz duże wyrosło! Duma mnie rozpiera. I jeszcze przed moim wyjazdem na wakacje zdążył zakwitnąć. Mam nadzieję, że pozostałe pójdą w jego ślady i będą cieszyć moje oczy gdy wrócę.

pierwsze koszenie

Padam na glebę, nawet nie na tę moją skoszoną już jakiś czas temu trawę, ale na wszystko jedno gdzie padam. Dlatego nie na wszystko starcza mi sił, nie wszystkie moje ja mogą funkcjonować. Dlatego nie piszę, nie dzwonię, nie nic. Nie szkodzi. Czasem jest dobrze dać sobie urlop od pewnych spraw. Ale o koszeniu muszę. To jest super, prawie jak podlewanie, które uwielbiam. Co prawda mój trawnik pozostawia trochę do życzenia, wymaga mojego zaangażowania, dosiewek itd, ale w zasadzie mnie to jakoś nie stresuje. Prawda, idealny nie jest. Może ptaki wydziobały, może ja nie równo jakoś ziarno sypałam, nie ważne. Zajmę się tym po powrocie. A tymczasem już nawet taki nieidealny ogródek cieszy mnie niemal tak, jak te mizerne postępy w samodzielnym zasypianiu przez moją półtoraroczną córkę. Zwykle udaje się już bez czterdziestu minut płaczu, ale niestety to trwa i trwa, i jeszcze trochę trwa. Siedzę przy łóżeczku i już po około kwadransie zaczynam myśleć, co pierwsze zrobić jak w końcu u...

oczekiwanie

Nie chcę niczego przyspieszać ani myśleć dalej niż do obiadu, kolacji, snu. Czas i tak jakoś za szybko zostawia wspomnienia, a potem zbyt nieoczekiwanie je traci. Miało być później, a nagle się okazuje, że już się stało, było, minęło. Zatem być może najpiękniejszy jest właśnie czas oczekiwania, tego tuż przed, zanim. Najpiękniejszy i najtrudniejszy zarazem.  I chociaż wcale tym razem nie piszę o kwiatkach to jednak ogrodem się podeprę na zdjęciach. Tuż przed zakwitnięciem, jeszcze chwila, momencik i będzie kolorowo, przepięknie i pysznie, beztrosko i letnio bardziej niż obecnie. Lecz w duszy nie mam wiosennie. Znowu dopadły mnie stare demony. Ech, ta tragiczna powtarzalność, zmienność pór mojej duszy. Mimo wszystko nie zamieniłabym jej na nic na świecie! "Strange days have found us Strange days have tracked us down They're goin' to destroy  Our casual joys We shall go on playing or find a new town Yeah"

kwitnące koperki

U mnie lato cudo. Ciepło tak, że codziennie trawę podlewam przynajmniej dwa razy. A jeszcze sąsiad wyjechał na wakacje i poprosił, żeby i jemu siknąć czasem na zieleń, więc mam trzy dodatkowe okazje, aby wyrwać się z lepkich łapek i postać sobie we względnej samotności w ogródku. Niewiele mi jeszcze kwitnie. Ciągle się w cierpliwości muszę ćwiczyć. Póki co karmię oczy własnoręcznie przez moją córkę posianą kwitnącą eszolcją (dziwna nazwa, w ogóle mi nie pasuje) i kosmosem, który dostałam od mamy. Super są te otwierające się na słońce "koperki". Co do eszolcji to miał być miks kolorów. ale póki co dominuje żółty, zasadniczo najmniej przeze mnie ulubiony kolor kwiatów. Myślę jednak, że go polubię.  Nie kwitnie mi jeszcze lwia paszcza, łubin, słonecznik i jeżówka, a nawet aksamitka ma dopiero pąki, wciąż zamknięte. No ale późno wysiałam wszystko, bo wcześniej się nie dało. Mam nadzieję, że zdążą mnie nacieszyć. A w przyszłym roku, ach, w przyszłym roku - wszy...

odpoczynek na szybko

Usiadłam na chwilę i blogi sobie czytam. Zmęczona, już niegłodna, ale jak wparowałam do kuchni to aż mi się ręce trzęsły. Tak to jest wpaść w trans, gdy niespodziewanie udaje się uśpić dziecko, a trudno przewidzieć, kiedy się obudzi. Niespodziewanie, bo ostatnio różnie z tym snem bywa, na przykład wczoraj w ogóle się nie dało i od 6:00 do 23:00 niewiele się dało zrobić z marudą. Cały ten tydzień taki sobie, zaczął się szczepieniem w  poniedziałek, a to skutecznie wytrąca małą z codzienności. No i zaburza mi wszelkie plany. Magnolia nie kwitnie tak ładnie jak za pierwszym razem. Nie chodzi wcale o to, że jest mniej kwiatów. Nie szkodzi. Są niestety jakby uszkodzone, podeschnięte, brązowawe. Zastanawiam się, czy to przez wiatr, który kazał gałęziom bez opamiętania chłostać nasz dom. Bo sucho raczej nie miała. A może to jakaś inna przypadłość. Ktoś, kto sadził wiele lat temu tę magnolię nie przewidział, że tak się bardzo rozrośnie. I wchodzi nam w okna. Mnie to absolutnie nie prz...

trawa, fasola i inne błędy

Dziwny dzień dzisiaj, pochmurny, niemrawy. Od rana załatwiłam jednak więcej niż w niejeden dzień energetyczny. Byłam z małą na szczepieniu, a to wiadomo - wyprawa, w dodatku emocje, niekoniecznie z tych pozytywnych. Ale naprawdę nie było źle. Teraz mała śpi, zasnęła na spacerze pod przepastną budką. Może odurzyła ją wilgoć z powietrza, może podmuchy jakby jesiennego wiatru, może to organizm litościwie przesypia ból maleńkiej igiełki naruszającej komfort dziecięcego przedramienia. W ogrodzie wzeszła trawa. Nieśmiało popękały nasiona i jakaś zieleń skrada się po ziemi. Czekam, czekam, gadam i namawiam. Codziennie wieczorem podlewam i czekam cierpliwie. Ale moc się skrada. Na rabatkach coraz mniej miejsca, wszystko się rozrasta, chociaż niewiele co kwitnie, tylko kosmos, ale dostałam już taki duży. Czekam aż wybuchnie kolorami to, co posiałam sama i wtedy się pochwalę. A póki co byłam znowu w ogrodniczym (taki nowy nałóg) i dosadziłam sobie trochę gotowców, zwykle z wyprzedaży...

trawa

Ech, życie jest takie piękne, gdy można sobie trawę posiać. Po raz pierwszy w życiu i jak każdy mnie ostrzega - nie ostatni, bo będę wkrótce dziury łatać. Pewnie dla niektórych życie jest fajne nawet bez siania czegokolwiek, no ale ja jakoś przeważnie potrzebuję pretekstu, aby się ucieszyć. A dziś nie tylko trawa. Jeszcze spacer z najstarszą i najmłodszą córką, telefoniczna pogawędka z obozu ze średnią córką. W ciągu dnia miałam czas przemyśleć pewną sprawę, dzięki temu miałam szansę zadać właściwe pytania. A teraz mam na talerzu otrzymane przypieczone na patelni jak lubię pierogi z serem najlepszej maminej roboty.  Lewa strona ogródka za domem: Prawa strona ogródka za domem: Centralne nic, ale wszystko z posianą trawą. Za jakiś czas pokażę jak urosło (mam nadzieję). Dwa pozostałe rogi ogródka kiedy indziej :)

słońca w wazonie

Kiedyś lubiłam się chwalić, że nie lubię kwiatów ciętych, że wolę te w doniczkach, bo żyją. A te ucięte to tylko agonia w wodzie, kilka dni oczy cieszą, a potem kubeł. Ale teraz już dorosłam i mogę z całym przekonaniem powiedzieć, że lubię, może egoistycznie, ale lubię kwiaty w wazonach porozkładane po całym domu. W sobotę dostałam właśnie kilka kwiatów z zaprzyjaźnionego ogrodu, zatem miałam pełne ręce uwalane ziemią, bo sadziłam, a te cięte włożyłam do wazonu. Ze względu na intensywny zapach bukiet stoi sobie na moim ulubionym balkonie i zastępuje słońce. Od dwóch dni pada sobie, z przerwami pada i w sumie to dobrze, bo akurat deszcz jest potrzebny. Nie tylko mój ogródek go potrzebuje, także ja. A jak już padać przestanie to na tę rozmoczoną ziemię zamierzamy trawę posiać i będzie koniec większych prac ogrodowych. Dobra, jeszcze pomalowanie huśtawki... A w kuchni pachnące róże.