Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z grudzień, 2010

na koniec

Dzień jak dzień, chociaż niby koniec zbioru dni w tegorocznym kalendarzu. Czuję wyjątkowość tego piątku tylko dzięki pustym miejscom w tramwaju i metrze, przystankom opuszczonym i rozległym peronom. Przez moment rano zastanawiałam się, czy przypadkiem nie jestem tutaj za wcześnie. Każdy dzień jest końcem czegoś. Ze statystycznego punktu widzenia - zdecydowana większość rzeczy i spraw posiadających początek, ma też swój koniec. Umowny lub rzeczywisty. A czasem oba. Dzisiaj wypadnie zatem mój osobisty umowny koniec roku, bo przecież rozliczać będę go jeszcze przynajmniej z kwartał. A do bieżącej pracy potrzebne mi będą te zdarte kartki z kalendarza 2010. Pod ręką, a nie w archiwum. Przypamniało mi się jeszcze, bo jakoś siedzenie w metrze prowokuje do myślenia, jak kiedyś czekałam na Nowy Rok. Czułam autentyczny entuzjazm, gdy już trzeba było pić nieulubionego szampana, a widok jakiegoś zegara nie pozostawiał złudzeń, że już jest jutro. A teraz - przeciwnie. Od kilku lat nie czek...

"szybko, tramwaj nam ucieka"

Wstałam za późno, bo noc była ciężka i od pierwszego otwarcia oczu wiedziałam, że źle się zaczyna. Myśli same układały mi się w przekleństwa. Niewiele do zrobienia przy braku entuzjamu przeradza się w jednej chwili w wysypisko niepotrzebnych detali, które trzeba przejść w drodze na przystanek. Autobus zwiał - jeden i drugi, więc poszczypałam się trochę z mrozem przez dziurę na kciuku w lewej rękawiczce. Widziałam, jak tramwaj dojeżdża. A wiedząc, że nie zdążę, biegłam tylko dlatego, aby się rozgrzać. Dlaczego poczekał na mnie? Zostawił otworzone drzwi, nie uciekał, w lusterku kontrolował bez zniecierpliwienia, aż dziurawa rękawiczka poprawi spadającą torbę i obejmie metaliczną rączkę. Chciałabym wierzyć, że został mi podesłany, bym zdobyła pewność co do tego, że nie każdy mój tramwaj ucieka. Niektóre czekają, aż dobiegnę. Dziś nie zmieniałam drogi do pracy. Sama się zmieniła. Stukałam obcasami dość rytmicznie, otulona poplątaną nicią troski mojego kalendarza, abym nie musiała wie...

postanowienia

Słońce wstało nad Warszawą, ale dopiero wtedy, gdy zmieniłam poranną trasę do pracy. Podobno wstarczy zmienić jeden element układu, choćby najmniejszy, aby ruszyła lawina przeobrażeń. Nie wiedziałam, czy będzie lepiej. Chciałam sprawdzić, czy będzie inaczej. Na samą tę myśl za zmrożoną szybą poświątecznie pustego tramwaju, nad drzewami mijanego codziennie cmentarza najczystszych idei, nieśmiało zaczęło się niebo odbarwiać z błękitu. Z pierwszym "dzień dobry", które akurat trafiło się równie jak ja zaspanej pani z pocztowego okienka na Świętokrzyskiej, ośmieliłam słońce na tyle, że prawie wierzę w tę zmianę, jaką sugeruje światło. Postaram się nie zapętlać. Nie chodzić w koleinach radykalnego pesymizmu. Uśmiechać się do tej szarej twarzy w lustrze. Wyrzucić kolekcję obaw. Wysypiać się.

dostrzec

Musisz zwolnić, rozlenić się, uspokoić, trochę odpuścić i zobojętnieć na perfekcję. Wiem. Mówiono mi to wielokrotnie, w różnych miejscach, za darmo i za pieniądze, z dobrego serca, w ramach rady, groźby, prośby. Mówiły mi osoby znajome ledwo, przyjaciele, rodzina, osoby obce. Teraz mówi mi to mój organizm. Woła nawet, wygrywa ze mną, bo nie mogę od tego uciec. Muszę wytrzymać, przetrzymać. Muszę posłuchać. Czasem tak samo nie słuchamy ludzi. Aż muszą zacząć robić rzeczy nieakceptowalne, aby ich zobaczyć, aż muszą mówić słowa bolesne, aby zacząć ich słuchać, aż muszą ... odejść, aby za nimi tęsknić. Teraz moje ciało mówi do mnie. Robi mi rzeczy, nad którymi nie mogę zapanować. Muszę o nich opowiedzieć fachowcom, aby pomogli mi zrozumieć, zaleczyć. Muszę zwiększyć dawkę egoizmu, aby nie musiano za mną tęsknić.

poszukiwanie świąt

Puk puk, stuk stuk, prawa lewa prawa lewa, ups, próba utrzymania równowagi... Uff. Prawa lewa stuk puk... Daszek kraciastego kaszkietu w kolorach zwyczajności przesłania mi niebo. Więc błoto pod podeszwami i mokre kropki na twarzy nie dają się interpretować w kategoriach sufitowych. Żadne tam święta ani radosna zima, tylko czwartek po prostu, uliczna breja w drodze do pracy, te same frytkowo-kurczakowe wyziewy z plastikowej restauracji na rogu Marszałkowskiej i Świętokrzyskiej i nawet z głośników po staremu, a nie christ-masowo. Kiedy przyjdą do mnie święta? Kiedy się przypomną anielskie włosy na ustawionej na pianinie małej choince w domu dziadków? I stół oblepiony ciasno krzesłami? I podróże na pieszo wigilijną nocą na drugi koniec mojego miasta? Pomarańcze w paczkach, ćwiczenie kolęd godzinami i wykradanie maku z kuchni, obieranie migdałów. Muszę bardzo w pamięci grzebać, aby poczuć święta.

plany na środę

Cieszę się jutro na tej jeden dzień urlopu jak niemal w wakacje na trzy tygodnie. Taka iluzja wyjścia poza schemat. Przecież nie będę mogła ani dłużej pospać, ani lenić się w południowej ciszy domu tylko dla siebie. I żadna tam lektura czy nowy sweter - nic z tego. Wzięłam urlop na nadrobienie czasu. Jeden dzień nie starczy, ale jednak pomoże. Dzień z serii módl się - pracuj - bądź uśmiechnięta. Czyli pakiet tzw. uspokajający. Coś na złagodzenie duszy, coś na zmęczenie mięśni i kojąca radość, wynikająca z dobrze wykonanych prostych zadań. Jak starczy czasu może pomaluję sobie paznokcie, a co tam. I choć lubię długo spać - wstanę o 6:00. Chociaż jest zimno, wyjdę na długi spacer z psem. Chociaż nie mam serca do sprzątania, zajmę się domem. I sobą, trochę.

o króliku

Znowu trzeba będzie dodać jeden do daty zasadniczej. Cały styczeń niektórzy będą się mylić, nawet urzędowo. Cóż, nie dla każdego rok kończy się w grudniu. Ja lubię być przygotowana na zamknięcia i dlatego może co roku cały grudzień naznaczony jest podsumowaniami. I jak zawsze wydaje mi się, że w danym roku niewiele osiągnęłam, ale też nie zawsze trzeba coś osiągać. Czasem warto po prostu gonić tego uciekającego królika niż go rzeczywiście dopaść. Bo jak już go dopadnę, co będzie dalej? A w ogóle - po co on tak ucieka? Nie chciałabym go gonić. Niech sobie idzie w tempie własnym i niucha po krzakach zapachy sobie miłe. Mogę zostawać z tyłu, obserwować, ślady liczyć ewentualnie i życzliwie marszczyć twarz w geście rozbawienia, gdy czas przystaje nad rzeczami z pozoru błahymi. Mogę monotonnie iść za nim spacerkiem i uprawiać gdybologię wsteczną albo po prostu wpatrywać się w zabawny zadek ozdobiony kulkowym ogonkiem i nie myśleć o sprawach żadnych. Niech prowadzi. Nie muszę go dopaść. Nap...