Dzień jak dzień, chociaż niby koniec zbioru dni w tegorocznym kalendarzu. Czuję wyjątkowość tego piątku tylko dzięki pustym miejscom w tramwaju i metrze, przystankom opuszczonym i rozległym peronom. Przez moment rano zastanawiałam się, czy przypadkiem nie jestem tutaj za wcześnie. Każdy dzień jest końcem czegoś. Ze statystycznego punktu widzenia - zdecydowana większość rzeczy i spraw posiadających początek, ma też swój koniec. Umowny lub rzeczywisty. A czasem oba. Dzisiaj wypadnie zatem mój osobisty umowny koniec roku, bo przecież rozliczać będę go jeszcze przynajmniej z kwartał. A do bieżącej pracy potrzebne mi będą te zdarte kartki z kalendarza 2010. Pod ręką, a nie w archiwum. Przypamniało mi się jeszcze, bo jakoś siedzenie w metrze prowokuje do myślenia, jak kiedyś czekałam na Nowy Rok. Czułam autentyczny entuzjazm, gdy już trzeba było pić nieulubionego szampana, a widok jakiegoś zegara nie pozostawiał złudzeń, że już jest jutro. A teraz - przeciwnie. Od kilku lat nie czek...
(sufitologia, spod oka, prosto w oczy)