Miałam w głowie kilka postów. Codzienność je wymyślała. Nawet jakieś zdjęcia robiłam, przypadkowe, ale zawsze. Najpierw się coś zdarzało, a potem myślałam, że może się tym podzielę. Nie było chwili, miejsca, czasu, aż sytuacja się zmieniała i życie wymyślało już nowy post. Miało być kiedyś o plackach z dyni, a przy okazji o dogadzaniu sobie. Bo u mnie za dynią to tylko ja jestem, pozostali nieszczególnie. I dlatego dyni mało w mojej kuchni. Ale czasem z wieczora albo innym wczesnym popołudniem w listopadzie ... Innym razem spadł śnieg, pierwszy taki, ale nawet dość długo nie topniał. Łaziłam jak zawsze po parku i brzozowa alejka była taka: Miałam chyba coś wtedy o tym napisać, że jeszcze nie minęła dla mnie jesień, a tu już biało. I że nieuchronnie zbliża się czas powrotu do pracy. I że tak bardzo nie chcę :( A innym razem na parapecie w kuchni usiadł gołąb, z tych mniej strachliwych: Siedział sobie wygodnie, ignorował moją bliskość. Tak sobie myśleliśmy po ob...
(sufitologia, spod oka, prosto w oczy)