poniedziałek, 27 listopada 2017

czas bałwanów


Miałam w głowie kilka postów. Codzienność je wymyślała. Nawet jakieś zdjęcia robiłam, przypadkowe, ale zawsze.
Najpierw się coś zdarzało, a potem myślałam, że może się tym podzielę. Nie było chwili, miejsca, czasu, aż sytuacja się zmieniała i życie wymyślało już nowy post.

Miało być kiedyś o plackach z dyni, a przy okazji o dogadzaniu sobie. Bo u mnie za dynią to tylko ja jestem, pozostali nieszczególnie. I dlatego dyni mało w mojej kuchni. Ale czasem z wieczora albo innym wczesnym popołudniem w listopadzie ...



Innym razem spadł śnieg, pierwszy taki, ale nawet dość długo nie topniał. Łaziłam jak zawsze po parku i brzozowa alejka była taka:


Miałam chyba coś wtedy o tym napisać, że jeszcze nie minęła dla mnie jesień, a tu już biało. I że nieuchronnie zbliża się czas powrotu do pracy. I że tak bardzo nie chcę :(

A innym razem na parapecie w kuchni usiadł gołąb, z tych mniej strachliwych:


Siedział sobie wygodnie, ignorował moją bliskość. Tak sobie myśleliśmy po obu stronach szyby, że przed odlotem warto sobie tak przysiąść na trochę, pomyśleć.

Zdarza mi się kilka zaledwie chwil w ciągu dnia, krótkich, przerywanych obowiązkami, momentów takich dla mnie. Jestem wtedy przeraźliwie sentymentalna, melancholijna, dawna. W myśli wpraszają się wspomnienia, narzucają się zapomniane już sytuacje, niby bez znaczenia, lecz potem wlokę je ze sobą na spacery, łachoczą ze mną stópki niemowlaka lub doprawiam nimi zupy. Wracają na momenty nieprzemyślane, między chwilami, co się stają i znikają, też z pozoru bez znaczenia.

A tu już czas bałwanów...

czwartek, 16 listopada 2017

macki zaangażowania

Tak trudno być dorosłym i mieć poważne sprawy do załatwienia, bankowe, notarialne, umowy jakieś, dokumenty do sprawdzenia. I jeszcze się na tym nie bardzo znać i instytucjom dawać czas na zgody, decyzje, wpisy, wypisy... wrr.
A tu listopad, słońce za chmurami, drzewa niemal bez liści, marzenia z mglistą szansą realizacji i zniechęcenie, odrętwienie, ząbkowanie, nastoletnie zakochanie, niedospanie, infekcje i inne drobne problemy szkolne.
Na własne biedy duże i małe, poważne i na ogrom tych małych przytłaczających, a w tym wszystkim na brak czasu i zapału, najlepsze są ... biedy innych. Mnie pomaga.
Choć trochę pomóc komuś, bo dla mnie to nie problem. Ze swoimi sobie średnio radzę, ale cudze? Drobiazg.
Dużej kasy na swoje chciejstwa nie mam, ale drobne dla innych - zawsze.
Spokojnego czasu na swoje sprawy nie mam, ale kilka wyrwanych z dnia chwil dla kogoś - zawsze.
Czuję ogólne zniechęcenie i przytłoczenie, ale gdy chodzi o jakieś zabawne akcje natychmiast czuję zaangażowanie.
Więc można powiedzieć, że mnie kręci i to mi pomaga, a nie wcześniakom, że ostatnio dziergam dla nich ośmiorniczki.



I na każdą moją biedę - ośmiorniczka. Na każdą myśl depresyjną - poskręcana macka. Na każdy wewnętrzny grymas duszy - uśmiechnięta buźka.
A moje biedy codzienne i te wielkie niecodzienne niech się wypchają, jak te szydełkowe potworki, kulką silikonową!