Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z listopad, 2010

żandarm

Bezlitosny żandarm obudził ją o 7:00, ale już o 7:10 nie była w stanie pojąć, dlaczego napięcie w głosie oprawcy sięga zenitu i bredzi coś o rzekomych obietnicach dotyczących bezproblemowego wstawania i o niespóźnianiu się. Ubrała się, owszem, jak najwolniej się dało, zakładając i ściągając kolejne sztuki bielizny w takt nawoływań z kuchni o konieczności pośpiechu. Nowe spodnie oceniła jako beznadziejne, więc jak już żandarm uznał, że dobrze nocą dopasował gumkę w pasie, zdjęła je szybko i w samych majtkach usiadła do śniadania. Koszmar. Nie wiedzieć czemu ten gest rozwścieczył żandarma, który bezwzględnym gestem wskazującym drzwi odesłał ją do pokoju. Więc usiadła sobie na krześle i wpatrywała się w ścianę, nie zakładając spodni, bo – wiadomo – beznadziejne nowe beżowe sztruksy z koszmarną ciepłą flanelową podszewką uwłaczają jej godności i bez walki ich nie założy. To okrucieństwo, że żandarm upiera się przy ciepłych spodniach o tej porze roku, wyznaczając je jako alternatywę dla ...

oczka prawe, oczka lewe

Dzień za dniem - ale banał. A jednak. Ranek po ranku i w kilka chwil po wieczorze zapada następny. Czas mogłabym mierzyć w nakrętkach zużytego płynu do zmiękczania tkanin albo kostkami proszku do zmywarki. Wyrabiam dobre i złe chwile z włóczki mojego czasu jak prawe i lewe oczka kolejnego swetra. Znowu nie jestem pewna efektu końcowego. Nic nie jest oczywiste i czarno-białe. Wiadomo - prawe po jednej stronie jest lewym po drugiej. A włóczka - magicznie kolorowa. W ten sposób postanowiłam przeczekać listopad. Prawie się udaje.

o zszywkach i spinaczach

Ciało mi zwalnia, ogłusza bólem głowę i maluje cienie pod oczami smutnymi barwami. Mówią, że to zmęczenie, brak snu, nieregularne jedzenie i pośpiech, pogoda, ciśnienie, przed, po albo w trakcie... Widzę to inaczej. Jestem zbiorem kart różnych. Co jakiś czas poprzedni zapis staje się mniej aktualny i codzienność zakłada mi nową. Pęcznieję od nadmiaru wizerunków z różnych okresów swojego życia. Połączone zszywkami doświadczeń nieregularne sprawozdania z dat sprzed ważniejszych przemian mojego tutaj dają się łatwo przeglądać w chwilach potrzeby. Oto stoję w kolejce do peerelowskiego skupu butelek, aby zarobić kilka złotówek na rozwodnione lody z budki na rogu. Mogę zweryfikować haftowany na obrusie łowicki zapomniany wzór w ognisku pracy pozaszkolnej. Oglądam swoją samotność na przyklasztornej ławce, gdy kończył mi się biało-czarny świat fortepianowych klawiszy. Mój instrument ma odwrócone kolory - tych ciemnych powierzchni jest więcej. Na kolejnej karcie mogę podążać w udających gla...

rozmienić się?

Prowadzić jednego bloga o wszystkim? Takie mydło i powidło? Worek słów i zdjęć swetrów, babskie blablanie i potoki emocjonalne? Czy lepiej może rozmienić się na drobne? Tutaj zostać z sufitem, zamęczać Was słowami, a w innym miejscu katować fotografiami wieczornych pamiątek po drutowaniu? Tak się zastanawiam...

archiwizacja

Myśli to nie dokumenty. Nie da się ich zarchiwizować. Odchodzą same, gdy dekretacje ich pilności przyprószy sekundami czas. Odkładają się w mniej dostępnych częściach mojej biblioteki spraw własnych, często bez odznaczenia w katalogu, czemu zapakowały się w szarą teczkę, obwiązały tasiemką, oznaczyły kategorią. W podręcznej szufladzie różnych spraw, wertowane gorączkowo i miętoszone na rogach karty dni najważniejszych, nadpisują swoje emocjonalne znaczenia na kolejnych warstwach mojego czasu. To, co było, jest kluczem do zrozumienia tego, co się dzieje. Zrozumienia w przyszłości. W mojej bibliotece sekundy ze wszystkich dostępnych mi czasów oplatają warkoczami zapisane arkusze. To dlatego za każdym razem, gdy odczytuję bleknący atrament dawnych wzruszeń, głos mi się łamie jak ten zwyczajny ołówek, którym nieustająco zaznaczam na wieczność kategorię ukrytych akt.

na kredyt

Darowana godzina została jak zwykle przeze mnie zmarnowana. Może nie do końca zresztą, w każdym razie nie przespałam jej, jak powinnam, kiedy to w sześćdziesięciu minutach wiosennego snu trzeba będzie spłacić kalendarzowi zaciągnięty jesienią kredyt. Siedziałam do zapóźna i plątałam nitki w dziecinną czapkę. Więc było mi słodko i kolorowo, i łatwo było przekonać siebie, że to jest taki kredyt 0%. A nie jest, niestety. Dzisiaj rano miałam nadzieję, że wszystkie te wyjące budziki nie odnotowały zmiany czasu. Że mąż nie zmienił na ich wyświetlaczach bezdusznej kombinacji porannych cyfr. Że mam jeszcze godzinę na pościelowe przewalanki, bo sen... hm, coś się złego między nami porobiło, skoro przychodzi z ociąganiem i nie zostaje na długo. I co tu robić? Mnie się dobrze siedzi wieczorami. Najlepiej nie samej, ale tak obok, w tym samym pokoju. Żeby dzieci spały, pranie schło, kotlety chłodziły się w zamrażarce na dni bardziej śpieszne i wszystko rozumiało się samo przez się. Uwielbiam długie...