Wieje wiatr, ot i przywiał mi do głowy pomysły, coroczne, wiosenne nawet. Żeby choinkę zlikwidować, wyjeść wszystkie pierniki i zielsko jakieś kwieciste na parapet rzucić, póki co od wewnątrz nawet. Bo tymczasem wszystko do bani. Weekend przechorowany, mieszkanie zagracone, igłami zasypane, a ran po świętach nie ukoją i te słodkie pierniki, co je skrzętnie po szafkach pochowałam, a teraz przeciwnie – na światło dzienne wyciągam, a dla odmiany, na przekór może, jakiś nikt nie chce. Tydzień temu zakupiłam w sklepie niemal zoologicznym, bo w nazwie przecież wdzięczny owad czerwony kropkowany, kubek niewyrosłego zielska na parapet. Nie wierzyłam, że da radę w tej mojej zimnej atmosferze wyrosnąć. A tu proszę! I przeziębienie jakby mija, wiatr zaczyna śnieg przywiewać, a w kuchni między piernikami trafił mi się jednak pojedynczy nieśmiały przejaw nadziei. Bo przecież wszystko kiedyś się kończy. I ból, i zima, pierniki, a nawet rozpacz ... chyba.
(sufitologia, spod oka, prosto w oczy)