Wydaje się, że za dużo szumu w moim życiu, takiego przeszkadzającego. Jednostajny szmer klimatyzacji i nawiewów w pracy wciąż mnie rozdrażnia. Trudno wybaczać współtowarzyszom korporacyjnej niedoli głośną wymianę błahych myśli o dokonaniach ich pociech, nic niewnoszących opinii o świecie wygłaszanych w tonie wszechwiedzącego guru, sarkazmu. Póki co przerwy na ciszę próbuję sobie robić w przydomowym ogródku, wieczorami, ignorując przy tym odgłosy życia sąsiadów, a koncentrując na trelach ptaków. Lecz jak bez problemu wymieniam zakłócaczy ciszy w codzienności, tak nie wpadłam jeszcze na to, co jest moim wewnętrznym hałaśnikiem. Jaki element myśli sieje ferment, skrada uwagę, rozprasza i męczy. Chodzę po Warszawie upalnymi popołudniami, niespiesznie i coraz dłużej. Wyłapuję w tłumie podobnych do mnie, zagubionych. Przeżycia wewnętrznych dramatów niezwykle uwrażliwiają, wyczulają na sygnały zbliżone do tych już w sobie przepracowanych. Hamuję się niekiedy, aby nie podchodzić, nie cało...
(sufitologia, spod oka, prosto w oczy)