Wróciłam z urlopu. W sumie powroty do domu zawsze są miłe, ale jakoś z urlopu wrócić mi trudniej. Przez pierwszy tydzień urlopu jeszcze myślałam o pracy i codziennym życiu, w drugim tygodniu już wdrożyłam się w inną codzienność. W trzecim tygodniu zapomniałam, że w ogóle była inna, ta poprzednia. No i wtedy - o masz - pora wracać. Kanapki zrobione czekają w lodówce, koszule wyprasowane, naszykowana książka do tramwaju - swoją drogą ciekawe, czy do pracy nadal dojeżdża ten sam tramwaj. Jutro się przekonam. Żebym tylko nie zapomniała wykupić biletu, bo przecież termin minął... Ech, wszystko wraca. Czuję się trochę tak, jakbym niedługo miała obchodzić swój prywatny Sylwester. Koniec roku zakończony urlopem. Od września znowu będę układała swoje dni według nowych planów. Będą nowe poniedziałki, wtorki, całkiem odmienne czwartki i cała reszta. I znowu po urlopie mam takie marzenia, by wpisać w nie jakieś swoje nowości, a nie tylko plany lekcji i zajęcia dodatkowe dzieci, rehabilitacje ...
(sufitologia, spod oka, prosto w oczy)