środa, 21 listopada 2018

niegotowa


Mam tyle zaległości!
Siedzę zatem spokojnie i korzystam z tych około 60, może więcej, minut południowej drzemki mojego chorowitka. Nagrzewam plecy w słońcu zza szyby. Otumaniam mózg trzecią dzisiaj dawką kofeiny. Pilnuję, by nie zakładać nogi na nogę i od czasu do czasu wyprostować plecy.
Powinnam to, powinnam tamto. Wiele rzeczy. Ale w zasadzie się cieszę, że moje życie nie toczy się torem ustalonym. Jestem wdzięczna za każde życiowe spóźnienie, zboczenie z toru, zaniedbanie obowiązku, odpuszczenie sobie. Gdybym zawsze robiła to, co powinnam, byłabym ... nudna i w gruncie rzeczy nieprzygotowana do życia.
A tak jestem tylko niegotowa na utarte zwyczaje, na małostkowe "powinnaś" i "trzeba by", a nawet "warto". Jestem zabawnie kreatywna, jeśli chodzi o radzenie sobie w codzienności skrojonej dla mnie jakby z za małego skrawka wieczności. 
Malowniczo poustawiane brudne naczynia, trzeszcząca pośniadaniowa podłoga w kuchni, bogactwo materii zgromadzonej już nawet nad koszem do prania i kilkanaście koszul do prasowania - wszystko jakoś mnie bawi. Cóż to znaczy w obliczu mojego nieprzemyślenia siebie! Jestem w połowie ciepłej czapki na zimę i na początku zaczętego swetra, w jednej trzeciej książkowego thrillera oraz przed włączeniem obiadu. Nie zleciłam jeszcze rachunków do zapłacenia w następnym tygodniu. Nie wybrałam nawet prezentów do zakupienia. Nie wiem, jaki kolor lakieru położę w niedzielę na paznokcie oraz co trzeba będzie dzisiaj kupić w sklepie. 
Mentalnie snuję się w tym duchowym szlafroku po domu i trochę mi się jeszcze nie chce ubrać we wszystkie moje choćby dzisiejsze "powinnam".
Ale przynajmniej grudnik kwitnie, nie? Chociaż w zasadzie, hm, kwitnący kupiłam...